statystyka
Będzie o mnie i moim zmaganiu się z sobą samym. O psach i mojej wielkiej do nich miłości i wdzięczności za pomoc na każdym zakręcie.
RSS
wtorek, 23 lutego 2010

Wrócę do tematu psów stróżujących.

Dostałem kilka pytań związanych z kwestią szkolenia takich psów. Otóż nie jestem dobrym adresatem takich pytań i już kiedyś napisałem dlaczego. Psy stróżujące to wg. mnie już tylko synonim, który powinien przejść do lamusa relacji człowiek – pies. Nie oznacza to, że psy zatraciły umiejętności ogarniania własnego terytorium. Jak najbardziej jest to właściwość tożsama wielu psom. Tylko zadaję sobie pytanie, po co? Po co człowiek wykorzystuje psa do pilnowania czegokolwiek, skoro sam dysponuje dużo większymi możliwościami. Dopilnowanie własnego majątku to zadanie dla jego posiadacza a nie dla psa. Zawsze powtarzam do pilnowania obejścia są firmy ochroniarskie i systemy alarmowe. Zrzucanie odpowiedzialności za opiekę nad mieniem na psy, to głupia ludzka nieodpowiedzialność. Nawet najbardziej wyszkolony pies nie ma szans przed złodziejem włamywaczem. Najlepiej wyszkolony pies obronny przegra z napastnikiem, który wcześniej skonstatował obecność psa obronnego lub stróżującego w obszarze jego złodziejskich działań. Wystarczy jeden pstryk i każdy pies chroniący mienie staje się nieprzydatny. Jaki to pstryk? Nie będę o tym pisał bo nie mam zamiaru podawać na patelni przepisu jak to zrobić. Nie udawajmy, można każdego psa stróża obezwładnić, tylko że zawsze jest to bolesne dla psa. Można go obezwładnić bezboleśnie, tyle że nie wierzę w taką dobroczynność napastników.

Ja jestem gotów zmierzyć się z najbardziej groźnym brysiem. Nie twierdzę, że przetrwam spokojnie każdy taki kontakt. Potrafię znieść bezboleśnie atak psa szkolonego na obronnego i jednocześnie obezwładnić go. Czy tego próbowałem? Tak, czy powiem jak to zrobić? Nie, nie powiem. Mogę tylko powiedzieć, że można to zrobić bez paralizatorów i innych wynalazków. Wystarczy trochę wiedzy z zakresu fizjologii i psychofizjologii zwierząt. Wystarczy chwila żeby najbardziej agresywny bryś leży na boku skomląc o wybaczenie. Czy jest to dla mnie powód do dumy? Nie, czuję się z tym obrzydliwie. Ale w związku z tym opracowałem własną metodę ułaskawiania i ubezwłasnowolniania agresywnych psów bez awersji, bez zbędnej i wyćwiczonej gimnastyki. W 2008 roku miałem pokaz dla policjantów z jednego z miast w województwie mazowieckim. W ciągu półgodzinnego spotkania pokazałem jak to zrobić. Żaden z Panów policjantów nie potrafił tego powtórzyć. Najwyraźniej Ci twardziele są mocniejsi tylko w deklaracjach niż w umiejętnościach. Nawet najlepiej wyszkolony policjant nie da sobie rady z psem tak jak z człowiekiem przestępcą. Pozostaje im hyclowska pętla, ale nią też trzeba umieć się posłużyć. Zawsze pozostaje im do dyspozycji gaz i pistolet. Tymi samymi środkami posługują się przestępcy, zatem zapomnijmy o skuteczności psa obronnego i stróżującego. To tylko mit trwale funkcjonujący w ludzkich wyobrażeniach. Pozbądźmy się tego mitu. Nie obrażajmy zwierząt.

10:17, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 lutego 2010

Kiedy psom jest zimno?

Psom jest zimno wtedy gdy jest im zimno. Trochę to jak cytat z Kubusia Puchatka: „Im bardziej pada śnieg, tym bardziej pada śnieg i marzną mi paluszki”. Ale tak serio to temat, który drążyć można bez końca. Gdy napisałem o termoregulacji, zresztą bardzo, bardzo ogólnie, to rozsypał się worek z mailami i pytaniami. Tak jak wspomniałem, ja tylko ruszyłem temat. Bardzo jednak naciskam na to żeby zimna które mierzymy własną miarką, nie przerzucać na odczuwanie zimna przez psy. Ludzie nie bądźcie harcerzami przeprowadzającymi staruszki na drugą stronę ulicy nawet wtedy, gdy tego nie chcą. Dlaczego tak uważam? Bo większość maili zaczyna się od słów: „To bardzo interesujące co napisałeś… ale…”. No właśnie, po każdym „ale” czytam o wyjątkowości różnych przypadków. Bo mój pies ma lub nie ma podszerstka, inny dygoce ma mrozie, jeszcze inny „patrzy się na mnie z wyrzutem, że musimy chodzić po śniegu”. To wszystko prawda, każdy z Waszych psów jest wyjątkowy. Moje zresztą też. Tylko mechanizmy fizjologiczne decydujące o funkcjonowaniu organizmów są niezmienne i dotyczą wszystkich w takim samym stopniu. Dlatego, nie uwierzę w marznącego psa przy temperaturze – 15 nawet – 20 jeśli wychodzi na piętnastominutowy spacer. To nam jest zimno, nie naszym psom.

Obserwuję uważnie moje psy. Berta i Bianka średnio spędzają do czterech godzin na dworze, nawet przy trzaskającym mrozie. Mogły by więcej, ale wkurza mnie gdy odrywają mnie od pracy, gdy muszę zejść i otworzyć im drzwi. Zatem to tylko cztery godziny. Czasami wracają do domu niczym śnieżne bałwany a ja muszę im odrywać od sierści zmrożone kawałki lodu i śniegu. Berta ma 12 lat jest już staruszką ale pełną werwy i kudłatej sierści Goldenem. Biance miesiąc temu wyczesałem cały podszerstek. Wygląda teraz jak labrador, ale wcale jej to nie przeszkadza w znoszeniu mrozu, zresztą jak większości labradorom.

Są jednak zachowania psów, które budzą niepokój ich właścicieli. Ale nie wiadomo dlaczego się tak dzieje. Jest jedna bardzo ważna sprawa, o której kompletnie zapomniałem. To sól. Na chodniki i ulice wysypywane są teraz tony soli rozpuszczającej lód. Nas to nie drażni, bo chodnik jest do przejścia a ulica do przejechania. Najwyżej drażni nas biały osad na butach. Ale psy chodzą bez butów. Łapy psów mają mniejszą wrażliwość na ból z racji mniejszej ilości receptorów odpowiedzialnych za to. Psy potrafią biegać z rozkrwawianymi poduszkami palców i nie odczuwać bólu. Jednak nie zniosą bólu gdy na mocniej ukrwione palce posypiemy trochę soli. To już tortura. To, że nasz pies nie chce wyjść na spacer, to nie efekt niskiej temperatury, to najczęściej sól rozsypana przez ludzi, a ludzie rozsypują nie tyko sól ale różne kwasopodobne substancje. Spróbujcie po tym pochodzić i opiszcie swoje wrażenia. 

10:36, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 lutego 2010

Zamarznięty i powieszony Amstaf.

Chyba z dużo oglądam wiadomości. Znowu jakiś zamrożony pies. Amstaf pozostawiony na strychu i powolnie umierający. Śmierć z powodu wychłodzenia podobno jest powolna acz bezbolesna. Boli gdy następuje wyraźny spadek temperatury. Gdy temperatura spada powoli ból podobno jest mniejszy. Spadek temperatury ciała poniżej 2 stopni powoduje zmiany nie do ogarnięcia. U człowieka to poza dyskomfortem to halucynacje, zaburzenia świadomości, to nieadekwatne reakcje emocjonalne od totalnej afiliacji do totalnej agresji. Daleki jestem od przyrównywania wpływu fizjologii na psychikę u zwierząt i u ludzi. Nie ma, i być nie będzie bezpośredniego przełożenia. Człowiek pozbawiony pożywienia umiera powoli, bez picia umiera szybciej. Pies potrafi wytrwać bez picia i jedzenia zwłaszcza dużo dłużej. Umiera dużo dłużej niż człowiek. Na moje oko, zamarznięty amstaf umierał dwa lub trzy tygodnie. Pozostał bez jedzenia, pić mógł nawet drobinki kropli zraszające się w jego okolicy. Każdy z właścicieli psów może być na swojego czworonoga wkurzony. Ale nigdy nie powinien być na niego zły bez względu na to co zrobił.  No i teraz czuję sam dyskomfort, że wydzierałem się na moje dwie ukochane goldenki. Zaraz potem potrafiłem się poprawić.

O przykładach patologii zachowań wobec psów napiszę później i kiedyś, nie lubię tego tematu.

12:13, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 lutego 2010

Czy dogoterapia jest skuteczna, czy wiarygodna? Właśnie taka jest.

Hmm… Dwa tygodnie temu napisali do mnie z rodzice chorego na autyzm dziecka żebym napisał coś niezależnego o dogoterapii, o jej wiarygodności do biuletynu który prowadzą. Jakoś zgrało się to z Twoim pytaniem Beato. Wątpię, żeby to opublikowali bo pewnie będą się bali reakcji tzw. środowiska ale napisałem.

To rzeczywiście wcale nie taka kwestia do skrywania. Ja już blisko pięć lat temu głośno mówiłem, że dogoterapia „wcale nie jest taka naukowa”. No i oczywiście wylewano na mnie wiadra pomyj. Ni jak nie potrafiłem się przebić, żeby przekonać nawiedzone panny, że nie oznacza to mojego potępienia dla dogoterapii. Wręcz przeciwnie bardzo mi się dogoterapia podoba.

Dogoterapia dotarła do Polski z „mądrzejszego” zachodu i już tylko z racji tego owiewał ją zefirek mądrości. Jest w tym sporo delikatnego oszustwa metodologicznego. Z racji tego, że dogoterapią w zasadzie zajmują się nieprofesjonaliści to niby skąd mogą wiedzieć w ogóle co to metodologia. Dogoterapia nie jest dla mie, żadną odrębną dziedziną jako całość, z wyraźnym i odrębnym zapleczem merytorycznym i metodologicznym. Dogoterapia nie doczekała się żadnych poważnych badań, powtarzam, badań poprawnych metodologicznie, tak jak to się robi w przypadku nauk społecznych. A niestety wiarygodności nigdy nie uzyska jeśli ktoś kiedyś tego nie zrobi. Moim zdaniem zrobi, trzeba na to czasu. Środowisko osób skupionych wokół dogoterapii jest trochę niemądre przyjmując taką formę propagowania swojej dziedziny, jaką przyjęło. Głośne mówienie o tym że dogoterapia jest dobra, to jak Gombrowiczowskie tłumaczenie wielkości poety Słowackiego. Tym czasem myślę sobie, że propagowanie terapii przy współudziale zwierząt należałoby zacząć od czegoś innego. Od poświęcenia własnego czasu i zapomnieniu o splendorze, tylko mrówczej opisowej i metodologicznej pracy nad dokumentacją efektów własnej pracy. Wiem, dużo łatwiej jest uzyskać fundusze „dźgając” współczuciem niedoli innych niż tym, że zbada się coś co jest tak naprawdę enigmatyczną wartością. Taki jest los prawdziwych prekursorów a nie medialnych gwiazd. Gwiazdy gasną i są przez chwilę. Zawsze jest tak, że jeśli robi się coś konsekwentnie to w końcu przychodzi sława. Jeżeli oczywiście ma się na to ochotę. Ja kojarzę słowo sława z satysfakcją, niekoniecznie z powodzeniem.

Napisałem, że dogoterapią zazwyczaj zajmują się nieprofesjonaliści. Bo to niestety prawda. Rozróżnienie między profesjonalistą a amatorem, lub może pasjonatem jest proste. Wszystko wynika z wykształcenia, tego formalnego lub nieformalnego ale popartego np. długoletnim stażem. Dla mnie profesjonalista zajmujący się pomocą innym ludziom w zakresie zdefiniowanych jednostek chorobowych to osoba posiadająca formalne wykształcenie. Wykształcenie z zakresu nauk społecznych jak psychologia, pedagogika i innych im pokrewnych. Sam dyplom jednak nie wystarczy, niezbędny jest jeszcze staż zawodowy pod nadzorem i superwizją innych doświadczonych terapeutów - profesjonalistów. Tego nie można przeskoczyć. Prawo do zajmowania się innymi ludźmi, w zakresie jednostek chorobowych, mają tylko i wyłącznie ludzie z wiedzą i wykształceniem dającym im uprawnienia do takiej praktyki. To prawo, to niestety jeszcze w wielu obszarach prawo, etyczne, zwyczajowe ale nie formalne. Zapewne nie zmieni się to jeszcze przez długie lata lub w ogóle, i wcale mnie to nie dziwi. Ludzie po prostu sami chcą mieć wybór alternatywnych form pomocy dla siebie. Zdziwiłbym się gdyby było inaczej. Różnica między profesjonalistą i nieprofesjonalistą bierze się w przyjmowanej na siebie odpowiedzialności za to co robią. Ten pierwszy z racji choćby etyki zawodowej jest zobligowany do udzielenia pomocy. Jeśli z różnych powodów nie potrafi, to jego obowiązkiem jest temat drążyć, konsultować się, szukać pomocy we własnym środowisku zawodowym. Profesjonalne wykształcenia właśnie do tego też przygotowuje i daje dużo większe spektrum możliwości poszukiwań. Jak to robią nieprofesjonaliści. Zazwyczaj skromniej. Jeżeli nieprofesjonalna forma pomocy ogranicza się do kilku znanych procedur, to może czasami to być w miarę bezpieczne. Bo dobre procedury są bezpieczne, pod warunkiem, że się ich nie udoskonala nieprofesjonalnie, czyli w oparciu tylko o własne doświadczenia. Nieprofesjonalne i amatorskie (w złym znaczeniu) podejście do tematu to takie, gdy mimo niepowodzeń trzymamy się tych samych procedur. Jeszcze bardziej amatorskie to takie, gdy próbuje się udoskonalić procedury bez zaplecza w postaci szerokiej wiedzy merytorycznej. Niestety jest to formuła dotycząca dogoterapii jak i innych terapii z jakimkolwiek przedrostkiem. Ale też jest to normalna droga rozwoju, przynosząca czasami rzeczy zaskakujące, które potem stają się odkrywcze. Potem uzasadnione merytorycznie, penetrowane naukowo i rozwijane aż do osiągnięcia statusu pełnoprawnej i poprawnej wiedzy.

Bardzo często dostaję z różnych stron informacje o przeróżnych kursach związanych z dogoterapią, a to na wolontariusza, a to na człowieka dogoterapeutę, lub o zgrozo psa terapeutę. Jeszcze trochę to znajdzie się ktoś, kto zawładnie niezależnością „mojego” dzięcioła i każe mu terapeutyzować innych wsłuchiwaniem się w jego rytmiczne walenie głową w brzozę.

To naprawdę "mój dzięcioł" na mojej brzozie.

To jednak naprawdę budujące, że ciągle jest duża, coraz większa grupa osób drążących temat form terapii wykorzystujących do tych celów zwierzęta. Nie było moim zamiarem obrażanie nikogo, ani dyskwalifikowanie niczyjej pracy. Przez cztery lata nie wypowiadałem się publicznie nt. dogoterapii. Wcześniej miały moje wypowiedzi i pierwiastek emocjonalny i merytoryczny. Tak jak moje wypowiedzi na forum, zresztą ciągle pozostające na serwerze http://www.szkoleniepsow.fora.pl/dogoterapia,13/szkolenie-wolontariusz-dogoterapii-pzd,438-15.html . Minęły cztery lata i ciągle wygląda to podobnie. To prawda, że jest już więcej osób, przed którymi chylę czoło, ale to profesjonaliści, jest ich do zliczenia na palcach jednej ręki. Cztery lata to czas w którym można wykształcić ludzi, stworzyć procedury, nauczyć się tyle i zdobyć tyle wiedzy, że się tego nie ogarnie. A przede wszystkim stworzyć jedność. A tu jakoś tego nie widać. Może poczekam kolejne cztery lata żeby jeszcze coś o dogoterapii napisać.

 

 

 

12:17, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 lutego 2010

Niedawno zostałem zaproszony przez grono osób skupionych wokół organizacji miłośników zwierząt do debaty nt. ochrony zwierząt i społecznych postaw wobec problemu. Ale zrezygnowałem. Nie dlatego żebym problem lekceważył lub go omijał. Mam po prostu bardzo sceptyczny stosunek do takich debat. W zamkniętym środowisku ludzi, którzy i tak robią wiele dobrego dyskutuje się nieustannie a problem był jest i będzie. Nawet najbardziej ciekawe panele dyskusyjne, konferencje czy debaty zwykle kończą się sformułowaniem tzw. zaleceń. Kolejna konferencja, kolejne zalecenia a problem był, jest i będzie. Czy takie spotkania są potrzebne? Oczywiście, że tak, choćby dlatego, że osoby zajmujące się ochroną zwierząt podtrzymują w wierze sensowności własnych działań. A podkreślam, że bardzo cenię pracę wszystkich miłośników zwierząt.

W zeszłym tygodniu trochę ironizowałem nt. felietonu w wiadomościach o marznących psach i kotach. Felieton był płytki i nie do końca prawdziwy. Pisałem o tym wcześniej. Ale tak naprawdę „pal sześć” jego merytoryczną stronę. Może ważniejsza jest jego warstwa popularyzatorska. Popularyzowanie wiedzy, to nie tylko poważne opracowania naukowe, to również takie przedstawianie tematu, które inspiruje do własnych poszukiwań. Co prawda, felieton był skonstruowany w formie zaleceń a nie inspiracji. Niestety ludzie tak mają, że zalecenia dotyczące kwestii społecznych zazwyczaj omijają szerokim łukiem. Nawet te wypowiadane przez największe autorytety.

Już nie będę się powtarzał. Już nie będę powtarzał argumentów wynikłych z poważnych badań z zakresu psychologii społecznej i poznawczej. Po prostu jest inaczej niż nam się wydaje na co dzień.

W związku z tym przyznaję się, że niedokarmiam ptaków. Uwielbiam wszelkie ptaszydła szczególnie te krukowate. Karmnik wiszący nad moim tarasem poszedł w ruinę bo dach mu się zawalił. No i celowo nie wywieszam słoniny, ani nie wysypuję drobinek z pozostałych okruszków. Raczę się widokiem ptaków zaglądających do moich okien i nie robię niczego co wykracza, lub wkracza w etologię ptaków. Nie do końca to prawda, bo nie obcinam w nadmiarze obumarłych konarów drzew, dzięki temu codziennie słyszę pukanie dzięcioła czerwonego. Nie zrywam owoców dzikiej róży i berberysu, dzięki czemu co jakiś czas widzę kawki, sikorki, sójki i sroki. Jak się da to wykopuję dołek w kompoście, dzięki czemu widzę wszelkie ptaszyska z okolicy. Wreszcie nie sprzątam natychmiast psich kup. Przy dwóch psach, jest tych kup dużo. A psie kupy, szczególnie te świeże, to w trakcie mrozów niezły przysmak dla krukopodobnych, dla kuny również choć ptakiem nie jest. No i tak codziennie nie dbam o zwierzęta wokół mnie, choć miłośnikiem zwierząt jestem.

Ale gdy otwarcie się do tego przyznaję spotyka mnie społeczne potępienie. Jeszcze większe gdy próbuję mówić o tym otwarcie i publicznie. Śmieszne to jest, bo reakcja oburzenia na moje deklaracje to wynik niewiedzy, chciało by się powiedzieć ciemnogrodu.

Dzisiaj byłem w Legionowie w drukarni. Przed siedzibą dość poważnej i pokaźnej firmy jest buda a do niej przywiązany na łańcuchu pies, coś na kształt kaukaza. Buda jest super, ocieplona niczym Bristol, pies był na łańcuchu wrzynającym się w kark niczym naprężona struna. Zanim poszedłem do klienta, najpierw kupiłem zwykłą parcianą obrożę i 10 m linki. Zamieniłem łańcuch na obrożę i linkę. Potem dowiedziałem się, że nikt wcześniej tego nie zrobił bo wszyscy, którzy mieli kontakt z psem po prostu się go bali. No i jak powiedzieć klientowi na którym mi zależy, że jest głupcem tak traktując zwierze. Powiedziałem tylko, że zmieniłem obrożę i kupiłem linkę. Reakcja była taka: „To miłe” i przeszliśmy do meritum ważniejszych spraw. Ok. psu wygodniej ja czuję się lepiej, pies czuje się lepiej, świat jest piękny, klient poczuł się zadbanym poprzez moją troskę o psa przy jego zagrodzie. Nie wiem tylko jak zareaguje na to co teraz napisałem, bo w końcu dotrze to do Niego. A to co bym chciał dalej napisać mogło by być niecenzuralne. I będzie, chromolę zlecenie. Panie Tomaszu dzisiaj bardzo delikatnie zwróciłem Panu uwagę nt. Barego, jutro powiem resztę ale wprost.

No i sam czytając to co powyżej zastanawiam się nad tym jak dbam o los zwierząt, z którymi zdarza mi się mieć do czynienia. Nie dbam o każdą mrówkę, o koty na pewno nie, bo ich nie lubię. Psy i ptaki, tak. Dbam o te bestiole tak jak uważam, że warto ale nie ze względu na własne widzimisie. Jest w tym co robię dużo etologii i rozumienia społecznych postaw ludzi, którzy nie muszą się tłumaczyć z tego co robią. Bo nikt przed nikim nie musi się z niczego tłumaczyć jeśli robi to w dobrej wierze. Przynajmniej ja tak o tym myślę.

Acha, i jeszcze jedno. Mam ja i moje psy taki komfort, że mamy wspólną z psami posesję, znaczy ogródek. Moje śnieżne psy potrafiły przy mrozie – 25 spędzać w ogródku 2 – 3 godz. To ja w trosce o nie, niczym nieusprawiedliwionej, otwierałem drzwi wołając: „Berta, Bianka do domu”. No i zawsze jak to bywa miałem wrażenie, że wycierając ich mokre futro wycieram ich psie szczęście… 

20:27, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 stycznia 2010

Po moim ostatnim wpisie nt. termoregulacji u psów, zadano mi kilka pytań. Tak jak się spodziewałem pisanie skrótowo o rzeczach skomplikowanych często prowadzi do nieporozumień. Po pierwsze nikomu nie każę trzymać psów na mrozie i nie przejmować się niskimi temperaturami. To bzdura i radzę jeszcze raz przeczytać to co napisałem. Po drugie. Ludziska! A ubierajcie swoje psy jak chcecie. Wiążcie im kokardki, zakładajcie kolczyki, strzyżcie i róbcie wymyślne fryzury. Przecież posiadanie psa to również forma zaspokojenia szeregu własnych potrzeb, których niekiedy niepotrafimy zrealizować gdzie indziej. Rozumiem takie potrzeby, ale nie muszę ich akceptować.

Pisząc poprzedni tekst jednak wyraziłem się nieprecyzyjnie. Zakładanie psu ubrania nie oduczy go, jego naturalnego mechanizmu termoregulacji. Termogeneza drżeniowa to mechanizm działający na zasadzie odruchu bezwarunkowego. Tak samo jak cofanie ręki znad otwartego płomienia. Oduczyć się go nie da, chyba że uszkodzimy układ nerwowy. Pies w ubranku, skrótowo, drży mniej. Jego metabolizm nie dostarcza tyle ciepła ile potrzebuje. Ilość energii wygenerowana poprzez mechanizm jego termoregulacji zawsze będzie większa i bezpieczniejsza niż osłona karku chroniąca przed utratą ciepła. Naprawdę trzeba dużo czasu żeby wychłodzić naszego pupila. A tak naprawdę spójrzcie na zegarek. Ile czasu trwa przeciętny spacer z psem w trakcie mrozów? Najbardziej wytrwali właściciele wytrzymają może godzinę. Częściej jest to jednak 15 minut.

Los chyba tak chciał, żeby pisząc o termoregulacji pojawił się medialny wątek, który doskonale ilustruje to o czym wcześniej pisałem. Otóż te same stacje telewizyjne, które dzień wcześniej trąbiły (niemerytorycznie) o zziębniętych zwierzętach, następnego dnia emitują felieton o „dryfującym psie Balticu”. Kudłaty kundelek uratowany przez ekipę statku Baltic z dryfującej kry, 30 km od brzegu, prawdopodobnie po pięciu dniach przebywania na mrozie rzędu – 20 stopni. Cud? Nie z punktu widzenia fizjologii zwierząt. Cudowne jest to, że znalazł się ktoś, kto psa uratował. Ale wróćmy do faktów. Pies przebywał na dryfujących krach. Zatem woda przy słabym zasoleniu Bałtyku musiała mieć temp. między 1-3 stopnie. Lód na którym stał ok. – 3 może – 5 stopni. Dla takiego psa jak Baltic to temperatury do zniesienia dłużej niż nam się zdaje, nawet do wiosny. Dużo gorsza do zniesienia była temperatura na wysokości jego karku. Wiatr mógł smagać jego kark temperaturami poniżej – 20 stopni. Jeśli trwało to 5 dni to jeszcze dał sobie z tym radę. W ciągu następnych dwóch dni, najpierw zacząłby słabnąć, potem nawet zastrzyk adrenaliny nie wystarczyłby do utrzymania równowagi i znalezienia właściwej kry. Pies mógł, ba nawet musiał kilka razy przekąpać się w takiej wodzie. No chyba, że jest super spryciażem i skakał z jednej na drugą. To że przetrwał i nie umarł z przechłodzenia jest dla mnie zrozumiałe. To, że przetrwał przy tak olbrzymim stresie, już mniej. Najwyraźniej pies Baltic jest starym wyjadaczem, który doświadczył niejednej niedogodności.

Dlatego Panie Kapitanie statku Baltic nie oddawajcie nikomu psa. Niech zostanie z Wami jako honorowy członek załogi. Dla niego większym stresem będzie oddanie go komukolwiek innemu, nawet właścicielowi. Czuje się świetnie w objęciach Pana Bosmana, już niech nie stresuje się kolejnymi zmianami.

Wniosek: psy marzną nie wtedy gdy nam jest zimno.

 

 

 

 

10:45, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 stycznia 2010

Czy psy marzną?

Wczoraj obejrzałem w wiadomościach krótki felieton nt. dbania o zwierzęta zimą. Generalnie, pointa była taka, że zimą psy, koty, krowy, konie marzną i trzeba o nie dbać. Psom zakładać specjalne sweterki a kotom uchylać okienka piwniczne, żeby miały gdzie się schować. Jeszcze kilka ujęć na psy wystawiające czubki nosów ze swoich nieocieplanych bud i mamy pięknie zakomponowany obraz bezdusznego człowieka. To wszystko prawda, jeśli już pies mieszka w budzie, niech będzie ona ocieplona. Otwierajmy kotom okna do piwnic itd. Będziemy lepszymi ludźmi. Nie wiem jak dba się o krowy i konie. W stajni, którą kiedyś widziałem, choć podobno bardzo porządnej, było zimno. Zresztą, jak w przysłowiowej psiarni. Nie znam się na zwierzętach inwentarskich zatem nie będę tego oceniał. Wierzę, że było w porządku.

Trochę więcej wiem nt. psów i trochę się powymądrzam. Czy psy marzną? Tak, marzną jak wszyscy, tylko trochę inaczej i niekoniecznie wtedy gdy nam jest zimno. Wśród swoich notatek znalazłem tabelę z zakresem tzw. temperatur krytycznych u niektórych ssaków. Temperatura krytyczna to taka, poniżej której lub powyżej której metabolizm zaczyna trochę inaczej działać. Jeżeli dolna temperatura graniczna dla gołego człowieka to 25 stopni, to oznacza, że przy niższej temperaturze nasz metabolizm zaczyna czerpać z naszych zasobów. Tak, to przedziwne ale już w temp plus 25 stopni organizm człowieka zaczyna uruchamiać całą falę mechanizmów fizjologicznych i behawioralnych mających za zadanie utrzymać optymalną temperaturę ciała. U różnych ssaków dolna granica jest różna. Niedźwiedź polarny może zacząć się martwić dopiero w temperaturze poniżej – 30 stopni, lis polarny – 40 stopni, ale taki leniwiec już w temp. + 31 stopni traci ciepło. Jaka jest dolna temperatura graniczna dla psa? Różna, bo pies to niejednorodna hybryda wyhodowana przez człowieka. Psy bardzo różnią się wielkością, grubością tkanki tłuszczowej, gęstością futra itd. Ale również intensywnością przebiegu procesów fizjologicznych mających wpływ na termoregulację. Ale uwaga! U psów północy, husky czy malamutów dolna temperatura graniczna to – 30 stopni a u ich szczeniaków – 25 stopni. U psów pozostałych średnio można przyjąć, że jest to temp. – 20 stopni. Co to dokładniej oznacza? Najprościej to, że u psa dopiero w temp. poniżej – 20 stopni następuje przechłodzenie, prowadzące do ujemnego bilansu cieplnego organizmu. Straty ciepła przewyższają wtedy jego bieżącą produkcję. To dość ryzykowne ale można by powiedzieć, że psy zaczynają marznąć przy – 20. Ale to nieprawda, nie wiemy przy jakiej temperaturze marzną. Dlaczego? Bo poziom odczuwania zimna to wartość opisowa i subiektywna, a jeszcze żaden pies o tym nie opowiedział. Z całą pewnością nie odnośmy własnej skali odczuwania zimna do psów. Chociażby dlatego, że różnica pomiędzy dolną temp. krytyczną człowieka i psa to niekiedy 45 stopni. Człowiek przebywający w wodzie o temp. + 5 stopni jest w stanie przeżyć kilkanaście minut a wejście do niej to niebyle jaki wyczyn pokazywany w telewizji. Pies w takiej temperaturze potrafi godzinami biegać za aportem. Nam się może robić zimno już na sam widok psa kąpiącego się w niskiej temperaturze. Psom może się robić gorąco na nasz widok gdy chodzimy w czapkach i ciepłych kurtkach przy temp. – 5 stopni. To ostatnie zdanie, to oczywiście kolokwializm. Głównie chodzi mi o to żeby zwrócić uwagę na to, że gdy nam jest zimno, nawet bardzo, psom jest ciepło. Gdy my czujemy się komfortowo wygrzewając się na plaży, psy cierpią z przegrzania organizmu. O reagowaniu na wyższe temperatury napiszę innym razem.

Jak organizm psa i innych ssaków radzi sobie z przechłodzeniem?

Zdarzyło mi się mieć kilka razy wykład nt. termoregulacji psów. Zawsze na początku zadawałem pytanie: Jak myślicie, co ma największy wpływ na utrzymanie właściwej temperatury organizmu przy niskich temperaturach jego otoczenia? Zawsze na pierwszym miejscu wymieniano futro a na drugim grubość tkanki tłuszczowej. To prawda, ma to znaczenie ale nie pierwszorzędne. Przed spadkiem temperatury wewnętrznej organizmu chronią nas w pierwszej kolejności, wytwarzające ciepło mięśnie i narządy wewnętrzne tzw. termogeneza. Na drugim miejscu są struktury izolujące, jak skóra z tkanką tłuszczową, sierść, pióra czy sieci naczyniowe.Termogeneza to proces, w którym powstaje ciepło w wyniku reakcji biochemicznych. Żeby było trudniej rozróżniamy termogenezę drżeniową i bezdrżeniową. Obydwie formy temoregulacji są kontrolowane przez podwzgórze i są pobudzane przez pobudzenie różnych termoreceptorów. Można o tym pisać i pisać…

Termogeneza bezdrżeniowa.

Charakteryzuje głównie ssaki, choć występuje u niektórych ptaków. W niskiej temperaturze, poniżej dolnej granicy temperatury granicznej, następuje pobudzenie układu adrenergicznego co w konsekwencji prowadzi do zwiększonego wydzielania neurotransmiterów neoadrenaliny. Ta zaś powoduje poprzez wcześniejsze procesy, przyspieszenie utleniania pewnych kwasów tłuszczowych. To potworny skrót co napisałem wyżej. U ssaków występuje dość szczególny narząd mający szczególne znaczenie w termogenezie bezdrżeniowej, to tzw. brunatna tkanka tłuszczowa. Tworzy ona duże i ukrwione skupiska między łopatkami, wzdłuż kręgosłupa, między żebrami i w okolicach nerek. Tkanka ta w największych ilościach występuje u osobników młodych i starych najbardziej narażonych na wychłodzenie. Utlenianie tej tkanki ma pierwszorzędne znaczenie w utrzymaniu właściwej dla organizmu temperatury. Ilość ciepła powstająca w wyniku tego procesu jest nieporównywalna z żadnym innym. Zatem w wyniku chemii w naszym organiźmie dostarczamy sobie ciepełka. Ale to nie wszystko. Jest jeszcze …

Termogeneza drżeniowa.

Jest to jednoczesne, odruchowe pobudzanie małych jednostek neuromotorycznych w działających antagonistycznie mięśniach, zginaczach i prostownikach. Powoduje to, czasami niewidoczne drgania mięśni w różnych okolicach. Skutkiem takich drgań jest przynajmniej pięciokrotny wzrost metabolizmu i produkcji ciepła. U wychłodzonego człowieka jako pierwsze zaczynają drżeć mięśnie warg, szyi i tułowia. Na intensywność drgań ma u ssaków przede wszystkim wpływ działanie niekorzystnej temperatury na receptory zimna rozmieszczone wzdłuż kręgosłupa. W drugiej kolejności na pozostałe receptory skórne. Dreszczowa regulacja temperatury ciała jest włączana okresowo i nie pozwala na precyzyjne utrzymanie właściwej temperatury ciała. W dodatku uruchomienie normalnej aktywności ruchowej mięśni przerywa drżenie i powoduje jedynie straty cieplne. Lepiej zatem skulić się i drżeć niż rozgrzewać się „szwedzką gimnastyką”. Termogeneza drżeniowa to mechanizm odpowiedzialny, czasami za 70% funkcji życiowych organizmu ssaka. Czy należy w temperaturze – 20 stopni zakładać psu ubranko? Nie ale o tym później.

 Futro i tłuszcz.

W ochronie przed wychłodzeniem jak i przegrzaniem ważną funkcję pełni skóra i jej wytwory np. sierść u ssaków, pióra u ptaków. Skóra kurcząc się ogranicza dostęp naczyń krwionośnych do warstw powierzchniowych przez co zapobiega stratom ciepła. Jeśli jest otoczona grubą warstwą tkanki tłuszczowej tym trudniej ciepło krwi ucieka. Jednak nawet w bardzo niskiej temperaturze naczynia krwionośne i układ limfatyczny rozszerza się żeby uwolnić nadmiar ciepła. Wartość izolacyjna futra, kreatyny, tkanki tłuszczowej jest istotna jednakże mocno przeceniana. To jednak termogeneza drżeniowa odgrywa decydujące znaczenie w utrzymaniu właściwej temperatury ciała.

O czym pamiętajmy?

Psy spokojnie wytrzymują temperaturę – 20 stopni.

Na mrozie drżą bo tak regulują temperaturę własnego ciała.

Godzina spaceru na mrozie bardziej wyziębi nas nisz naszego psa.

Temperatury minusowe do – 20 są bardziej komfortowe dla psa niż dla nas.

Nie zakładajmy psom sweterków bo oduczamy je ich naturalnego mechanizmu ochrony przed zimnem.

Zakładanie psom ciepłych kubraczków.

To absolutnie niepotrzebny wydatek generowany przez producentów psich akcesoriów. Zakładając psu ciepłe ubranko oduczamy go wszystkich naturalnych dla niego mechanizmów obrony przed niską temperaturą i właściwą dla niego termoregulacją. To że nam jest zimno nie znaczy, że psu jest podobnie. Krótkowłosy ratlerek da sobie radę na mrozie lepiej niż potrafimy sobie to wyobrazić. Ale po co zakładać termoizolacyjne kamizelki kudłatym Yorkom czy Papillionom tego nie wiem i wolę nie wiedzieć.

 

 

 

 

12:24, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 grudnia 2009

Witam i przepraszam za tak długie milczenie.

Treści wpisywane na blogu zamarły w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, jednak nie znaczy to, że się zaniedbałem. Piszę i to dużo. Kontynuacja tekstów związanych z psimi zmysłami ma swój ciąg dalszy. Jednakże są to treści, które piszę jako rozdziały mojej książki. To jeszcze potrwa, ale idzie jak z przysłowiowego „płatka”, nawet nie wiem co to znaczy, ale idzie tak jak należy to rozumieć.

Wszystkim czytelnikom mojego bloga, moim przyjaznym duszom, życzę wszystkiego najlepszego z okazji świąt Bożonarodzeniowych i zbliżającego się Nowego Roku. Wkrótce będziecie mieli co czytać.

Pozdrawiam

Robert

Jednocześnie przypominam o rozpoczęciu nowych zajęć w pierwszy wekeend stycznia tj. 5-6 stycznia godz 9.00, 10.00, 11.00.

Zapraszam

15:49, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 października 2009

Zapraszam wszystkich zainteresowanych na kolejny cykl spotkań szkoleniowych. W najbliższy weekend godz 9.00 i 11.00 odbędą się pierwsze spotkania tzw. wdrażające. Cały cykl to 20 godzinnych spotkań w tym dwa moje wykłady o komunikacji zwierząt i psich zmysłach. Regularne rozpoczęcie zajęć to 10.10. 2009, Warszawa osiedle Radość ul. Ulanowska 15.

Zapraszam

Robert Drozda

4drozdy@wp.pl

tel.: 0 668097589, 022 4284562

http://www.drozdaipsy.blox.pl

http://drozdaipytania.blox.pl/html

15:46, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 września 2009

Od jakiegoś czasu źle sypiam. Późnym wieczorem, czasami nocą, wychodzę na taras żeby popatrzeć na gwiazdy, żeby zapalić papierosa, żeby wypić herbatę. Zieloną bo wtedy najlepiej smakuje. Czasami, właśnie wtedy przychodzą mi do głowy najlepsze fragmenty do mojej książki, o czym? O mnie i o psach. Moich i nie tylko. Od tygodnia, co wieczór odwiedzam na tarasie wielkiego pająka. Wielki i kosmaty, żeruje nocą, łapie pewnie komary, za to go lubię. O świcie znika w swojej kryjówce. Dzisiaj rano, albo zapomniał, że jest rano, albo coś mu się pokręciło i dał zrobić sobie kilka fotek. Nie znam się na pająkach, nie jestem też wielkim admiratorem ich urody. Ten u mnie na tarasie jest naprawdę wielki. Rozpostarł swoją sieć między dzikim winem i słupkiem od pergoli. A niech tam sobie mieszka. Pewnie za miesiąc dwa przepadnie. Może zostawi potomstwo na przyszły rok. Tylko co im wtedy powiedzieć? Znałem twoich starych, może tak. Póki co kilka fotek. Przepraszam tych bardziej wrażliwych i z fobią pająkową.

No i jak go nazwać?

13:34, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27