statystyka
Będzie o mnie i moim zmaganiu się z sobą samym. O psach i mojej wielkiej do nich miłości i wdzięczności za pomoc na każdym zakręcie.
RSS
poniedziałek, 14 czerwca 2010

Wykonywanie poleceń na pewną odległość, czy jak kto woli w pewnym dystansie między przewodnikiem i psem, to bardzo wygodna umiejętność. Umiejętność przydatna właścicielowi dla pełniejszej kontroli nad poczynaniami psa, ale również zwiększająca bezpieczeństwo w różnych nieprzewidzianych sytuacjach. Nauczenie psa wykonywania poleceń, które wcześniej wykonywał w bezpośredniej bliskości przewodnika jest trudniejsze. Tym trudniejsze im później rozpoczniemy pracę w dystansie. Taką formułę pracy najlepiej rozpocząć gdy pies nie ma jeszcze mocno utrwalonych zachowań. Dla niepomieszania rozumnego rozumienia sytuacji, dobrze jest ćwiczyć jedno i drugie. Jeśli bardzo dobrze nauczymy psa siadania przed naszym obliczem, tym trudniej będzie go nauczyć, żeby siadał w odległości np. 10 metrów. Uczmy psy, że komenda siad lub waruj, nie dotyczy jedynie siadania i warowania 10 cm od naszych stóp. Niech te bestie siadają i warują jeśli tylko wydamy taką komendę, niezależnie od tego gdzie będziemy. My w korytarzu, pies w kuchni, My w salonie pies w sypialni. Wszędzie i w każdych warunkach, fajnie jest gdy pies spełnia nasze oczekiwania. Jeszcze fajniej jest gdy takich oczekiwań nie spełnia. Choć to trudniejsze do zniesienia. Ale jakież to, niebywałe wyzwanie, trudne? Nie, wystarczy sobie odpuścić. Odpuścić swoje własne wymagania wobec siebie, nie wobec psa. Jeśli tylko się to uda, to wszystko się uda, nawet zostawanie na odległość.

Z moją pierwszą dożycą właśnie to trenowaliśmy. Sunia Pierwsza właśnie tak potrafiła się zachować. Nawet nie dawałem jej komendy „zostań” wystarczyło siad. No i zostawała. Pamiętam jak gdzieś w roku 1976 byłem ze zgrają przyjaciół w Bukowinie Tatrzańskiej. Poszedłem na spacer z Sunią. Śniegu było po uda, dla Suni też po uda bo była wielka. Gdzieś koło skoczni w Bukowinie powiedziałem jej siad. No i Sunia została. Ja szedłem i szedłem. Sunia zniknęła, krajobraz się zmienił. Wreszcie dmuchnąłem w harmonijkę. Bo wtedy nie używałem gwizdka. Zwykła harmonijka ustna i jej wysokie dźwięki. W ciągu kilku lub kilkunastu sekund miałem psa przy sobie. Harmonijka to świetny instrument do przywołania psa. Po powrocie z Bukowiny kupiłem gwizdek wysokotonowy i zacząłem uczyć psa reagowania na jego dźwięk. Kupiłem go w sklepie myśliwskim na Nowym Świecie. Sklepu nie ma gwizdek został. Porządny jest bardzo. Mosiężny, ale nie odlewany tylko toczony. Miękki metal pozwala delikatnie zablokować dolną śrubę, i zawsze jego dźwięk jest niepowtarzalny. Widziałem podobne gwizdki w teraźniejszych sklepach myśliwskich. Kosztują do 300 zł. Teraz już się takich nikomu nie chce robić. Dlatego są takie drogie. Gwizdek jak gwizdek, można taki kupić za 8 zł w każdym sklepie z akcesoriami zwierzęcymi. To nędzna podróbka pozbawiona duszy ale nie swojej skuteczności. Chociaż zabrzmiało to jakby gwizdek był panaceum na kłopoty z przywołaniem psa. A to przecież nie jest prawda. Może być jedynie jak mówiła „młoda lekarka”, pacaneum. Przywołać psa można jedynie wtedy gdy systematycznie i konsekwentnie pracujemy nad takim zachowaniem od najwcześniejszych dni lub tygodni życia psa.

Tyle na dzisiaj. Mocno zirytowany nie chcę więcej nic pisać. Zirytowany odpowiedzią administrora forum, forum o „pozytywnym szkoleniu psa”. Niestety nikt mi nie zatka gęby.

21:46, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 maja 2010

Psi słuch.

”Szeptem do mnie mów, mów szeptem.
By nikt obcy twoich słów nie słyszał.
Jak najciszej proszę mów”

 

No właśnie, do psa szeptem mów, on i tak starannie cię wysłucha.

Jakość wrażeń zmysłowych to ciągle wartości opisowe. W przypadku zwierząt możemy mierzyć wrażliwość reakcji, ale nie powstałe w wyniku działania bodźca doznania np. emocjonalne. Możemy ocenić działanie bodźca jako przyjemny, lub nieprzyjemny, sprawiający ból lub rozkosz. To trochę rozumienie zero – jedynkowe. Z zer i jedynek można zbudować strukturę bliską ludzkiej inteligencji. Można ale jeszcze nikomu się to nie udało. Przy współczesnym stanie wiedzy sory, ale  subtelności  nie da się w taki sposób zbudować.

Dlaczego nigdy człowiek nie pojmie jakości doznań słuchowych zwierząt? Bo jesteśmy w porównaniu z wieloma zwierzętami głusi jak przysłowiowy „pień”. W porównaniu z psami jesteśmy bardzo głusi, bo operujemy słuchem tylko w pewnym zakresie częstotliwości dostępnych dla naszych gatunków. Mam tylko takie wrażenie, że dla nas najważniejszych, a dla psów ledwie zauważalnych. No właśnie, kompletnie nie myślimy o tym, że nasz głos jest słyszalny dla psa w każdych warunkach i z wielkiej odległości. Dlatego krzyczymy i mówimy podniesionym głosem, uczymy też psy reagowania właśnie na taki poziom natężenia naszego głosu. A można ciszej, dlatego szeptem do psa mów on i tak Ciebie usłyszy. Głos służy nam do komunikacji z innymi osobnikami, niekoniecznie tego samego gatunku. Operując głosem mamy możliwość jakby podwójnej komunikacji. Po pierwsze artykułujemy treści o konkretnym znaczeniu semantycznym. Po drugie odpowiednio intonując, możemy artykułować treść o znaczeniu emocjonalnym. Człowiek jednak tym różni się od zwierząt, że potrafi artykułować w sposób niezwykle emocjonalny rzeczy banalne, jak i bez emocji i dodatkowych środków pozawerbalnych mówić o rzeczach ważnych. Potrafimy wyrażać złość krzycząc, ale też potrafimy krzyczeć bez złości. Potrafimy wyłapywać z wypowiadanych przez kogoś słów subtelności i interpretować ich znaczenie. W świecie zwierząt komunikacja werbalna jest prostsza, choć czasami pełna niezauważalnych drobiazgów. Dlaczego o tym piszę? Wydawać by się mogło, że jest to fragment do rozdziału o komunikacji a nie o zmyśle słuchu. Słuch psa odgrywa kluczowe znaczenie w jego relacjach z człowiekiem. Człowiek czasami mówi „Tak cię oceniam, jak cię widzę”. W przypadku psów i innych zwierząt, mogłyby one z całą pewnością powiedzieć: „Tak cię oceniam jak cię słyszę” i nie chodzi tu o merytoryczną warstwę wypowiedzi. Człowiek to taka dziwna istota, której się wydaje, że jeśli nie jest rozumiana to powód tkwi nie w tym co mówi, tylko jak mówi. Dlatego wydaje mu się, że mówiąc coś głośniej i wyraźniej zostanie zrozumiany. Typowy schemat rozmów z cudzoziemcami. Właściwie mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że psy traktujemy jak cudzoziemców operujących nieznanym nam językiem. W efekcie wrzeszczymy lub przynajmniej mówimy podniesionym głosem gdy kudłaty cudzoziemiec nas nie rozumie. Jest w tym pewna pułapka. Bo człowiek to taka dziwna istota. W relacjach z naszym światem zewnętrznym najbardziej nie lubimy gdy jesteśmy niezrozumiani. W relacji z własnym światem wewnętrznym, najgorzej znosimy brak zrozumienia dla siebie samego. Dużo łatwiej jest nam tolerować to gdy inni coś bełkoczą lub zachowują się niezrozumiale. Właściwie najczęściej, to nie tyle nie tolerujemy czego nie rozumiemy, raczej po prostu wycofujemy się z relacji. Lub, co gorsza, włączamy oczywisty mechanizm obronny, racjonalizując lub nadinterpretując to co jest oczywiste. Normalka, tak to jest. Komunikacja werbalna jest dla człowieka kluczowa dla zrozumienia treści, komunikacja pozawerbalna jest kluczowa dla zrozumienia emocji. Jej jakość merytoryczna i kontekst emocjonalny jest rozumiany jedynie przez człowieka. Pies zrozumie lub nie nasze emocje, ale kompletnie będzie głuchy na jakość merytoryczną naszych wypowiedzi. O psach mówi się jako o zwierzętach niezwykle empatyzujących, tylko ta empatia, jak to empatia. Dzieje się gdy dotyczy podobnej płaszczyzny komunikacji. Opowiadając komuś tzn. człowiekowi wzruszającą opowieść możemy go sprowokować do łez i nadmiernej afiliacji. Opowiadając to samo psu możemy sprowokować podobne reakcje, jednak nie będzie to wynikiem zrozumienia tego co mówimy, tylko jak mówimy. Intonacja głosu, gesty, to dla psa komunikacja kluczowa, dla człowieka w tym przypadku jedynie uzupełniająca. Dlatego należy rozdzielić co ludzkie od tego co zwierzęce. Psy słyszą to samo co my, ludzie. Psy inaczej rozumieją to co mówimy i tylko troszeczkę to jak mówimy. A zresztą to tylko efekt tożsamej socjalizacji.

Pies i człowiek mają ze sobą wiele wspólnego. Wszak jesteśmy kręgowcami a dopiero potem ssakami. Podobieństw anatomicznych jest w naszych gatunkach dużo. Mimo różnej postawy, poziomu intelektualnego, patrząc się w lustro trudno znaleźć podobieństwo. Jednak człowiek ciągle szuka takiego podobieństwa oszukując samego siebie. Otóż, to totalna bzdura jesteśmy, bardzo, bardzo różni. Ludyczna teoria nt. upodobniania się psów do ich właścicieli niech pozostanie ludyczną głupią, niczym nieusprawiedliwioną, ale głupotą. Posiadanie psa dawno już zatraciło swój walor użytkowy. Tylko promil z całej populacji psów na Świecie znajduje swoją rolę psa użytkowego wobec człowieka. Reszta to tzw. psy użytkowe, bez przydziału lub z oszukańczym przydziałem jako psy obronne lub stróżujące. W dzisiejszej tożsamości, psy są właściwie maskotkami. Maskotka to przedmiot, ale funkcja maskotki nie jest przedmiotowa, choć od niej się zaczyna. W maskotce utożsamiamy całą masę emocji i niespełnionych potrzeb i iluzji. Pies czy kot, to taka ludzka maskotka i przytulanka. Ma jednak jedną cechę różniącą ją od misia kupionego w sklepie. Jest żywa i reagująca. Jak wszystkie żywe istoty poza gatunkiem ludzkim jest reaktywna. Człowiek jest reaktywny, reaguje na bodźce ale jest i aktywny, potrafi je rozumieć, rozróżniać i interpretować. W języku francuskim, słowo morze i matka brzmią dosłownie tak samo. Człowiek rozumiejąc kontekst wypowiedzi, będzie wiedział o co chodzi. Jeśli nauczymy psa ucząc go w języku francuskim, jednej reakcji na słowo: „może”, nie odróżni go od słowa „matka”. Dlaczego? Czy naprawdę trzeba to tłumaczyć? Bo zwierzęta to istoty reaktywne. Wierzę, że niepozbawione emocji, ale emocji reaktywnych bardzo ułomnych wobec emocji dojrzałego i rozumnego człowieka. Dlaczego jeszcze nic nie napisałem o zmyśle słuchu u psów. Właściwie napisałem, co będzie dalej?

23:53, r.drozda
Link Dodaj komentarz »

Jakie błędy popełniamy myśląc, że pies nas nie słyszy? Wiele, ale jeden podstawowy, myślimy, że nas nie słyszy, reszta jest nieważna. Kiedyś zrobiłem eksperyment. Nauczyłem pewnego owczarka dotykania łapą do ucha, ale polecenie wydawałem mu ledwie słyszalnym szeptem. Owczarek tak samo szybko nauczył się polecenia, ale wykonywał je tylko gdy mówiłem „ucho”, właśnie szeptem. Przy normalnym poziomie głosu nie wiedział o co chodzi. Ucząc psa czegokolwiek musimy pamiętać, że psy potrafią kojarzyć ćwiczenie z tym co mówimy, ale również jak mówimy. Psy rozróżniają, poziom głosu, jego tembr, właściwie wszystkie parametry wydawanych przez nas dźwięków. Dlaczego np. przestają chcieć pracować, gdy właściciel jest zdenerwowany lub poirytowany? Po prostu człowiek w stanie pobudzenia emocjonalnego, niezależnie czy to euforia czy złość, wyraźnie zmienia sposób mówienia. Dla psa bardzo wyraźnie rozróżnialny. Może nie rozumieć czy jesteśmy zadowoleni czy źli, ale na pewno słyszy, że jakoś inaczej do niego gadamy. Często przy pracy z klikerem ze strony właścicieli pada pytanie: „Czy jeżeli w jednym czasie kilku właścicieli „klika” jednocześnie, to nie wprowadzi to psa w stan zdezorientowania?”. Otóż nie, różne klikery, brzmią dla nas podobnie, dla psów zdecydowanie inaczej. Oczywiście to nie jedyne kryterium rozpoznawania dźwięku klikera i podążania za wymaganiami przewodnika. Znaczenie ma również stopień skupienia na przewodniku, ilość rozproszeń czy po prostu motywacja do pracy. Jednak rozpoznawanie konkretnego dźwięku jest bardzo istotne. Gdy zmysły człowieka nie potrafią czegoś zarejestrować, to zdarzenie umyka naszej uwadze. No bo niby skąd możemy wiedzieć, że coś się dzieje, gdy nie widać i nie słychać. Czasami widzimy, że coś się dzieje i nie rozumiemy dlaczego? Pies jest zaniepokojony, zaczyna biegać od drzwi do okna a wokół jest przecież totalny spokój. A to nie prawda, bo dookoła dzieje się więcej niż potrafimy w jakikolwiek sposób zobaczyć. Psy właśnie słyszą „to więcej” i mają więcej powodów do reagowania na generowane przez środowisko dźwięki. Jednak nie należy oczywiście przesadzać z wizją „zalewnia” zwierząt różnymi doznaniami sensorycznymi. Gdyby każdy organizm reagował, na każdy bodziec powstający w bliskim i dalekim środowisku, to pewnie długo by nie pożył. Żaden żywy organizm nie jest w stanie ogarnąć każdego zapachu, dźwięku, każdej wiązki światła nawet jeśli zawiera się w tzw. widmie widzialnym. Przebywanie w tożsamym dla nas środowisku pozwoliło wytworzyć szereg mechanizmów obronnych przed nadmiernym obciążaniem naszych zmysłów. Jeden z nich to zwykła habituacja. Dobrze opisany w psychologii proces dawania sobie rady z nadmiernym obciążeniem sensorycznym. Żyjąc wśród codziennych spraw słyszymy i doznajemy tylko to co jest nam potrzebne, reszta mija nam obok naszych uszu, nosa i wzroku. To zwykła, choć niezwykła habituacja. Zdarzyło mi się, że przez pomyłkę uruchomiłem w telefonie funkcję dyktafonu. Przez dwie godziny nagrało się to czego nie chciałem nagrać. W pierwszym odruchu chciałem wszystko skasować. Przesłuchałem jednak, najpierw z wyrywkami a potem całość od deski do deski. Co usłyszałem?

Najpierw tupot własnych stóp. Szelest ocierania rąk i nóg o ubranie lub o coś innego. Moje mruczenia, pogadywania do siebie samego. Przejeżdżające obok mnie samochody, rozmowy innych ludzi, moją zadyszkę, niemiłosierny świergot ptaków. Zwykły szum ulicy. Wreszcie, usłyszałem swój własny głos, coś co zupełnie było mi obce. Ale to już inna dziedzina psychologii, nie na teraz. Usłyszałem wszystko to czego na co dzień, na każdą chwilę, nie słyszę bo są to dźwięki na stałe wpisane w moją rzeczywistość. Dźwięki nie potrzebne, nie istotne, z którymi mój mózg oswoił się. Mimo, że są wyraźne pozostają na marginesie życia. Właśnie na tym polega habituacja. Człowiek to ułomna istota. Słabo słyszy, wzrok mu nawala, podniebienie ma z drewna, Tacy jesteśmy. Ale obok nas czasami pojawia się pies. No właśnie, zwierze jak to zwierze, drapieżnik, ale udomowiony. Hybryda ludzkiej fantazji i niezdrowej wyobraźni. Mimo kolejnych „przeróbek” ciągle ma coś w sobie ze swojego przodka wilka. Ma wrażliwość zmysłów i resztki pierwotnych zachowań. Ale to tak jak ze ssakami. Niby jesteśmy podobni, mamy podobne, wręcz takie same cechy anatomiczne. Nazwaliśmy tak samo, wszystko co w nas siedzi, leczymy się takimi samymi lekarstwami, które mogą tak samo pomóc jak i zaszkodzić. No właśnie, niby. Niby pies to też ssak, niby wilk to też ssak, człowiek też ssak, ale ani wilk nie jest psem, ani pies wilkiem, tym bardziej człowiekiem. Jedynie człowiek, człowiekowi wilkiem. Ale to tak na marginesie.

Ucho zewnętrzne, ucho wewnętrzne, ucho środkowe. Błona bębenkowa, młoteczek, kowadełko, strzemiączko. Przewód ślimakowy, błona Reissnera, przychłonka, śródchłonka. Komórki włoskowate wewnętrzne i zewnętrzne. Narząd Cortiego itd. Tak z grubsza przedstawia się lista elementów składających się na nasze, ssaków narządy słuchu. To jednak nie wszystko, bo do tego należałoby jeszcze dodać coś o neuronalnej drodze doznań słuchowych, które przecież trafiają do naszego mózgu. Nie jest moim zamiarem wyjaśnianie co i jak działa. To zbyt skomplikowane, żeby spłaszczać temat, to zbyt ciekawe, żeby pisać o tym krótko i lakonicznie. Zainteresowanych odsyłam do literatury fachowej. Choć uprzedzam bywa to temat trudny, tak jak niebywałe jest rozróżnianie dźwięków, słuchanie muzyki, wibracje drżącego powietrza. Rozumienie mowy ludzkiej, kapanie z przeciekającego kranu czy tykanie zegara, szczególnie późno w nocy gdy chcemy a nie możemy zasnąć. To po prostu ogrom wiedzy do ogarnięcia, ja staram się to ogarnąć. Nawet wiem, że „jądro oliwkowe” ma kolosalne znaczenie w ocenie kierunku, z którego pochodzi dźwięk. Dlaczego się tym zainteresowałem? Bo interesują mnie psy i ich niezwykle inne, nie niezwykłe, predyspozycje. Może właściwie nie psów lecz zwierząt w ogóle.

Próbowałem znaleźć jedną odpowiedź, na jedno proste pytanie. Dlaczego psowate słyszą więcej niż ludzie? I wcale nie chodzi mi o porównanie, czy lepiej? Gdybym miał szukać odpowiedzi „czy lepiej ?” wszedłbym na niebezpieczną ścieżkę ewaluowania nieporównywalnych wartości. Penetrując różne źródła wiedzy z zakresu anatomii, fizjologii czy biologii mechanizmów zachowania, nie znalazłem w zasadzie jednej wiążącej odpowiedzi. Wręcz odniosłem wrażenie, że nawet osoby zajmujące się tematem na co dzień udzielają raczej wymijających odpowiedzi. W przypadku słuchu jest trochę inaczej niż np. smaku. Tutaj większą rolę odgrywają raczej właściwości jakościowe a nie ilościowe. To, że jakiś osobnik słyszy lepiej nie wynika z tego, że ma więcej receptorów słuchowych. Lepiej słyszy, bo jego układ słuchowy jest wrażliwszy, bardziej elastyczny. Oczywiście pewne różnice ilościowe mają znaczenie jednak nie tak bardzo istotne. Znaczenie olbrzymie ma natomiast konstrukcja układu nerwowego odpowiedzialnego za analizę i przekaz impulsów, w tym oczywiście podkorowych i korowych ośrodków słuchowych. Ale tak jak wspomniałem to temat, przynajmniej na kilka odrębnych artykułów. 

Z punktu widzenia właściciela psa, pogłębiona wiedza z anatomii układu słuchowego wydaje mi się zbędna. Zdecydowanie ważniejsza jest wiedza z zakresu jaką słuch odgrywa w mechanizmach zachowań zwierząt, czy wiedza związana z pielęgnacją uszu naszych czworonogów.

23:52, r.drozda
Link Dodaj komentarz »

Zacznijmy od mechanizmów zachowań. Po co właściwie psu uszy? Kiedyś poznałem Bouwiera imieniem Agent, wielkiego i przemiłego psa. Gdy pierwszy raz pogłaskałem go po głowie, ze zdumieniem zobaczyłem, że Agent nie ma uszu. Zero, nie było po nich ani śladu. Nie dość, że nie było kłapciatych wachlarzy, to i dziur, zazwyczaj skrywanych pod nimi też nie było. Mutant jakiś, czy co? Nie, okazało się, że Agent w wyniku choroby został pozbawiony całego aparatu słuchowego, a otwory uszne zostały zaszyte. Gdy rany po szwach zabliźniły się i zarosły gęstym futrem, wyglądało to tak jakby pies nigdy uszu nie miał. Wyglądało dziwnie, bo przecież archetyp psa to takie zwierze, które uszy posiada. Mimo tej ułomności, Agent wzbudzał we mnie wielkie poczucie szacunku dla niego i pokory wobec psich możliwości. Czy ten pies nie słyszał? Słyszał i to jak diabli. Wystarczyło wyszeptać jego imię i pies był przy nodze. Słyszał, nosem, wibrysami, powiekami, rzęsami, opuszkami palców, falującą sierścią. Wibracje powietrza wystarczały mu do świadomego odbioru sygnałów dźwiękowych z jego środowiska. Wszak receptory słuchowe należą do tej samej grupy mechanoreceptorów co receptory słuchowe. Zresztą ludzie głusi potrafią zachowywać się podobnie. Jakiż szacunek dla możliwości ludzkiego ciała budzi widok głuchych, tańczących na parkiecie. Mechanizm jest podobny, jednak zwierzęta posiadają znacznie bardziej rozwinięte niż ludzie możliwości kompensacji braku słuchu innymi zmysłami. Zatem czy uszy są potrzebne? Są, bo komunikacja dźwiękowa zarówno w świecie zwierzęcym jak i ludzkim jest ważną płaszczyzną porozumiewania się. W świecie ludzi można być głuchym i przeżyć. W świecie zwierząt można być głuchym i w zasadzie też przeżyć, może jakiś czas. Ludzie niepełnosprawni potrafią funkcjonować w świecie ludzi zdrowych z wielkim powodzeniem, ale czy ktoś słyszał o głuchym prezydencie. Głuchy samiec wilka może przeżyć w stadzie, ale nigdy nie zostanie osobnikiem alfa. Społeczna funkcja bycia słyszącym jest wśród kręgowców naprawdę znacząca. Usłyszeć swój świat to naprawdę ważna rzecz, docenia się to dopiero gdy słuch szwankuje. Jednak czy zawsze? Czasami traci się słuch w wyniku choroby lub urazu. Rzeczą normalną jest, że wraz z wiekiem wrażliwość słuchowa ulega przytępieniu. Trudniej jest zaadoptować się do zmiany nagłej, niż postępującej. W jednym i drugim przypadku mogą pomóc zdolności organizmu do kompensacji braków w zdolnościach recepcyjnych jednego zmysłu, zdolnościami drugiego. Co dzieje się gdy starzejący się organizm traci elastyczność wszystkich zmysłów? Wtedy słabego słuchu nie da się zastąpić słabą wrażliwością sensoryczną innych zmysłów. Co może pomóc? Bardzo często spotykam, stare zniedołężniałe psy, głuche i ślepe, jednak świetnie dające sobie radę mimo swoich ułomności. Kluczową rolę odgrywa tu pamięć. Pamięć sensoryczna również. Kiedyś usłyszałem bardzo pouczające wyjaśnienie, dlaczego starzy ludzie potrafią pamiętać piosenki z przedszkola, a nie pamiętają gdzie położyli przed chwilą klucze? Wyobraźmy sobie że pamięć to takie twarde metalowe dyski. Z latami dyski układają się jeden na drugim. Co roku zapisywane są na nich nowe informacje. Jednak im jesteśmy starsi, tym więcej dysków i nagle zaczyna na nie kapać kropla wody, lub cały strumień wody. Dyski będą ulegały korozji, ale najpierw te, które są na wierzchu. Zatem wszystko co bieżące koroduje szybciej niż to co zgromadzone pod spodem. W dodatku trzeba pamiętać, że stopień korozji tylko od pewnego momentu bywa szybszy niż przyrost zapisanych w pamięci informacji. Po prostu skleroza nie dopada 20 – 30 latka. Ale pamięć to nie tylko, pamięć o zdarzeniach, cyfrach, datach czy słowach piosenek. To również pamięć tzw. sensoryczna, motoryczna, słuchowa, zapachowa, wzrokowa. Pamięć związana z wyuczonymi zachowaniami i reakcjami na bodźce występujące w środowisku. Pojedyncze bodźce, lub ich sekwencje, powtarzające się w znanych lub antycypowanych sytuacjach. Dla osobników tracących wrażliwość zmysłową w wyniku starzenia się, powolna utrata słuchu czy wzroku będzie łatwiejsza do zniesienia niż dla kogoś kto dozna nieodwracalnego urazu w wyniku wypadku. Inaczej jest też w przypadku osobników, urodzonych ze stale uszkodzonym układem zmysłowym. Osoby niedowidzące lub ociemniałe będą mrużyć oczy jeśli usłyszą nadjeżdżający samochód, nawet jeśli nie będzie miał włączonych świateł. Dotyczy to jednak tylko tych, którzy wcześniej zdobyli takie doświadczenie. Osoby niewidzące od urodzenia mogą reagować w zupełnie inny sposób. Pies taki jak Agent, nic nie słysząc, mógł oczywiście reagować na drganie cząstek powietrza powstających przy wypowiadaniu jego imienia. Mógł jednak wcześniej zapamiętać, że charakterystyczne zachowanie jego Pana, układ ust, jakiś gest, czy sekwencja charakterystycznych zachowań jego Pana oznacza hasło „Noga”. Tak mogło być. Często słyszę słowo „intuicja” gdy opowiadam o tym co wyżej. Generalnie akceptuję słowo intuicja, ale tylko dla skrótowego i potocznego nazwania zdarzeń z nim związanych. Nie ma czegoś takiego jak intuicja. To skrótowe i niemerytoryczne nazwanie zdarzeń, których nie rozumiemy przez własne lenistwo. Braku umiejętności penetracji mechanizmów zachowań ludzi i zwierząt. To co bywa potocznie nazywane intuicją, jest tak naprawdę czymś co można by nazwać „nieuświadomioną wiedzą”. Po prostu posiadamy wielki zasób wiedzy, wielki i nieokiełznany. Ludzie znacznie większy niż zwierzęta, zwierzęta znacznie inny niż ludzie. Kora mózgowa człowieka potencjalnie jest w stanie zgromadzić wiedzę o każdym doznaniu zmysłowym. Wszystko na co spojrzymy zalega w naszej pamięci. Podobnie jest u psów, choć w zupełnie innym zakresie. I tu należałoby ponownie wspomnieć o nieporównywaniu jakościowym świata doznań zmysłowych ludzi i zwierząt. Patrząc się na brzozę rosnącą przed moim domem, wiem, że w mojej korze mózgowej zalega informacja na temat ilości liści zalegających na gałęziach. Wiem również, że jestem w stanie odtworzyć ledwie kilka fragmentów wizerunku brzozy, w dodatku tylko tych, z którymi wiąże się jakieś skojarzenie emocjonalne. Pamiętam np. dokładnie jak wygląda gałąź, na której całą wiosnę przesiadywał dzięcioł. Bo właśnie z tym zdarzeniem skojarzonych jest pełno moich emocji. Reszta to tylko wizerunek ogólny drzewa. Pamiętam tylko tyle ile jest mi potrzebne, żeby pamiętać, że obok mojego domu rośnie brzoza. Czasami jest tak, że korzystamy z zasobów własnej wiedzy tej nieuświadomionej, nie rozumiemy tego i nazywamy intuicją. Przyznam, że pojęcie „kobiecej intuicji uważam za coś najgłupszego o czym słyszałem. To totalna nieudokumentowana bzdura, której wielu ludzi przyklaskuje. Jest to mit tworzony przez niedoceniane kobiety. Takie zdanie wcale nie wynika z mojej antykobiecości. Wręcz przeciwnie, nawet ktoś kiedyś powiedział, że tkwi we mnie duży pierwiastek płci przeciwnej, i żeby było jasne nie chodzi tu o odmienność seksualną. Nie ma też, czegoś takiego jak zwierzęca intuicja. W zachowaniach zwierząt, nawet tych udomowionych, wszystko ma swoje banalne, z punktu widzenia człowieka, banalne uzasadnienie. Zwierzęta, nawet psy, chcą żyć, przetrwać i kopulować. Wszystko co robią podporządkowane jest spełnieniu właśnie tych trzech potrzeb. Jeśli moja Bianka przyjmuje pozycję tzw. „świdra” i śmiesznie obejmuje łapami swój pysk, to nie robi tego żeby sprawić mi przyjemność. Robi to żeby przetrwać, dostaje w zamian gratyfikację w postaci pieszczot lub smakołyku. To, że takim zachowaniem budzi moją radość, to efekt spełnienia mojej potrzeby posiadania przyjaznej maskotki (patrz wyżej co znaczy maskotka). Wróćmy jednak do zmysłu słuchu. Pomijając moje ciągle obecne dygresje, psy jak i wiele innych zwierząt, gdy staną przed murem braku słuchu, dysponują jeszcze bagażem własnych doświadczeń i pamięci z której korzystają nawet gdy przyjdzie im niedołężnieć wraz z ich aparatem słuchowym, ale nie jest to intuicja, której nie ma. Nikt mnie nie przekona, że jest. Korzystając z głębokich zasobów pamięci potrafimy słyszeć (czytaj antycypować) to czego tak naprawdę nie słyszymy. Może w przypadku słuchu istnieje podobny paradoks jak w przypadku wzroku tzw. „widzenie mimo ślepoty”. Świadomego reagowania na bodźce, których dostrzegać nie możemy, mechanizmu stwierdzonego jednak słabo uzasadnionego.

Jak to mówią Francuzi: „Wróćmy jednak do naszych baranów”. Uszy są potrzebne. Uszy psów działają jak talerze radarów. Potrafią obejmować swoim zasięgiem kąt bliski 180 stopni co przy parze takich radarów robi płaszczyznę objętą kątem słyszenia prawie 360 stopni. W dodatku każdy taki radar może poruszać się niezależnie. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich psów. Najsprawniejsze w tej dziedzinie są owczarki i „psy północy” te ze sterczącymi do góry małżowinami usznymi. Małżowina uszna u psów to słabo ukrwiona elastyczna tkanka. Nawet u tych psów z „kłapciatymi, obwisłymi” uszami drżenie fal dźwiękowych z łatwością się przez nie przebija. Patrząc się na czuwającego wilka można odnieść kolokwialne wrażenie, że jego uszy i nos, górują nad jego głową. Patrząc się na większość psów, odnoszę wrażenie, że góruje nad psami ludzka głupota. Bo to przecież nie psy zamówiły u Pana Boga długie i obwisłe uszy. Gdyby tak było, to na miejscu Bassetów złożył bym pozew do Trybunału Europejskiego. Niektórzy ludzie dla estetyki dziurawią sobie uszy i zawieszają na nich ozdoby, ale nie widziałem nikogo kto by tak wyciągnął sobie małżowiny, żeby ocierały się o chodnik. No jak tu napisać teraz, że psy są wrażliwe na drgania powietrza przenoszące fale dźwiękowe o częstotliwości między 15 a 40 000 Hz, ba nawet niekiedy do 80 000 takich jednostek. Przecież taki Basset czy Spaniel nie dość, że mają zatkane uszy własnymi uszami, to jeszcze dźwięki do nich dochodzące muszą się przebić przez szum ocierających się o podłoże końcówek małżowin.

Głos ludzki to drgania o częstotliwości od 128 do 3070 Hz, większość hałasów prowokowanych przez człowieka to drgania o częstotliwości nie przekraczających 2000 – 3000 Hz. Zatem psy gotowe są usłyszeć wszystko co robimy i mówimy, nawet gdy drzemy struny głosowe na strzępy, nawet gdy łkamy cicho w zaciszu. Częstotliwości w jakich operuje taki zwierzęcy słuch, rozróżnialność tonów, umiejętność rozróżniania intonacji dźwięków każe nam z szacunkiem podchodzić do psiego słuchu. Tyle, że człowiek jako najważniejsza istota na ziemi nie okazuje szacunku wobec niczego co nie jest ludzkie, słyszalne i namacalne. A tego co słyszą psy my niestety nie słyszymy. Ciekawe jak pies zrecenzowałby produkcje muzyczne człowieka? Przecież z tego co gramy, słyszymy ledwie kawałek. Gdyby wyposażyć psa w zdolności intelektualne człowieka, mogło by się okazać, że symfonie Bethowena to totalny bełkot. Lub, może jeszcze większe arcydzieło.

23:43, r.drozda
Link Dodaj komentarz »

Gdy zaczynam pracę z psem nad hasłem uniemożliwiającym, tzn. takim odwodzącym psa od jakichkolwiek jego zachcianek, zawsze proponuję wybranie hasła innego niż słowo „NIE”.  Raczej proponuję słowo, które nie pojawia się w innym kontekście. Wytrenowany pies potrafi pięknie odejść od zjadanego łajna na hasło „NIE”. Równie dobrze zastygnie w stuporze nad miską jedzenia gdy przypadkiem powiemy: „jaka dziś NIEładna pogoda”. Bo psy posiadają taką umiejętność rozróżniania słów niezależnie od kontekstu. Nie posiadają jednak rozumienia semantyzmu naszych wypowiedzi. Pies to pies, istota reaktywna, ale wrażliwa do poziomu, który człowiekowi sprawia ból marności bytu.

Człowiek jest zresztą mistrzem świata w zadawaniu bólu nawet gdy jest tego nieświadomy. Gdy te 14-16 tysięcy lat p.n.e człowiek udomawiał psa, chodził w skórach i posługiwał się prostymi narzędziami. Nie było wtedy lodówek, pralek, telewizorów, nie było żadnych urządzeń generujących dźwięki inne niż naturalne i środowiskowe. Nagle gdzieś tak od połowy XIX wieku zaczęliśmy wtłaczać w naszą rzeczywistość masę dźwięków, do wcześniej nie znanych. Urządzeń pracujących w zakresie dla nas niesłyszalnych, dla zwierząt nieznośnych. Instrumenty muzyczne, kuchenki mikrofalowe, telefony wszystko to wydaje dźwięki niesłyszalne dla naszych uszu. Jakiż wzbudza we mnie niesmak, gdy ktoś popisuje się psem wyjącym na dźwięki wydawane z fortepianu. Taki pies nie śpiewa tylko wyje z bólu. Bo taka jest wrażliwość jego aparatu słuchowego, choć to wielki skrót, niech tak pozostanie. Wielka w tym rola procesu socjalizacji. Większości psów miejskich nie trzeba socjalizować z jakimiś specjalnymi dźwiękami. Żyjąc od małego w miejskim gwarze, już w drugim tygodniu słyszą jak sąsiad spuszcza wodę, jak zamykają się drzwi od windy, czy jak buczy lodówka i pralka. Dwa lata temu miałem do czynienia z psem goldenopodobnym. Pies nagle ze środowiska wiejskiego wtłoczony został w aglomerację miejską. Pozostawiony samotnie w domu na kilka godzin wył i szamotał się niemiłosiernie. Różnych się imałem pomysłów ale nic nie odnosiło skutku. Wreszcie powiedziałem opiekunom Bartka żeby wychodząc z domu wyłączyli absolutnie wszystko co pobiera prąd. No i psiak po takim zabiegu spał jak zabity przez 8 godzin, co zresztą zostało zarejestrowane w zapisie wideo. Z czasem pies zaakceptował nawet lodówkę, tak że jego opiekunowie nie musieli trzymać jedzenia u sąsiadów. Słuch psa to bardzo wrażliwy organ. Wrażliwy na subtelności wypowiadanych przez nas słów, nawet jeśli słowami nie są. Z psami można mieć taką płaszczyznę porozumienia, która nie wymaga mówienia pełnymi zdaniami jak w piosence Peszek „Azor do nogi bo przerobię na hotdoogi”. Czasami wystarczy delikatne cmoknięcie, i już mamy przy sobie parę uszu, oczy i nos. Ja tak mam gdy zostaję sam w domu z moimi goldenkami. Cmokam i mam przy sobie nie jedną, ale dwie kudłate mordki. Jedna się pyta: „Będzie coś do żarcia?”. Druga ma minę jakby chciała powiedzieć: „Kocham cię ale bez przesady, musisz mnie wołać?”. Za każdym razem odpowiadam im coś innego. Co? Nie powiem, to nasza tajemnica.

Uszy to wrażliwa część ciała psa, wrażliwa na słowa, wrażliwa na infekcje, które ze słowami mają niewiele wspólnego. Przecież to dwie dziury, które stoją otworem wprost do psiego organizmu. Dwie wrażliwe dziury, narażone na całą masę niedogodności. Piach, insekty, bakterie, pasożyty, wszystko to czai się u wrót małżowin usznych. Drożdżaki umiejętnie rozwijające się w uszach psów, potrafią być naprawdę groźne. Ale nie przesadzajmy, to nie jest jakaś epidemia. Czasami zaglądam do uszu moich psów. Jeśli są czyste, nic z nimi nie robię. Czasami przetrę jedynie jakimś preparatem do pielęgnacji uszu lub zostawiam to własnemu rozwojowi zdarzeń. Trzepanie się głową lub nadmierne drapanie po uszach to objawy warte zainteresowania. Jeśli towarzyszy temu charakterystyczny smrodek, trzeba zasięgnąć z wiedzy weterynarza. Jest na rynku wiele medykamentów weterynaryjnych, cała masa preparatów, zarówno prewencyjnych, jak i leczących. Większość z nich działa skutecznie. Po prostu dbajmy o higienę uszu psów z tak samo dużym zainteresowaniem jak stosujemy prewencję przeciw pchłom lub kleszczom.

Ostatnio pojawiło się na rynku sporo gabinetów weterynaryjnych oferujących badania ukierunkowane na głuchotę psów. Często zadawane mi są pytania czy warto w to wchodzić? Jak ktoś ma za dużo pieniędzy to niech sobie i swojemu psu zafunduje taką „przyjemność”. Badanie jest drogie bo sprzęt jest jeszcze droższy, a sama sesja stresująca dla psa niemiłosiernie. Dla wrażliwego właściciela psa jeszcze bardziej. Po badaniu można się dowiedzieć, że nasz pies ma słuch perfekcyjny, lub ma ubytki takie a takie. No i co z tego? Fakt, ma to znaczenie dla hodowców ukierunkowanych na psy naprawdę użytkowe, u których słuch jest ważną użytkową cechą odpowiedzialną za ważne wartości użytkowe. Tylko ilu jest takich hodowców? Pięciu, może dziesięciu. Nie dajmy się uwieść kolejnej modzie diagnostycznej, popieranej przez koncerny farmakologiczne i produkujące sprzęt inżynieryjny. Dla mnie ocena słuchu psa przy użyciu skomplikowanych narzędzi diagnostycznych nie ma najmniejszego sensu, ale przyznaję że z punktu widzenia przeciętnego posiadacza i opiekuna przeciętnego psa. Korzyści są takie jak reklamują to firmy oferujące taką usługę. Tylko co z tego, że dowiemy się nawet o 30% utracie słuchu przez naszego pupila. Zazwyczaj nic. Nie jest prawdą, że badanie słuchu pozwoli nam na zbudowanie lepszej płaszczyzny porozumienia z naszym psem. Słuch to cud natury, którym przyszło niektórym z nas zawładnąć. Słuch jest niezbędnie potrzebny, psom i ludziom. Bez słuchu można żyć, może czasami bardziej komfortowo, niż wtedy gdy wiemy o świecie tzw. wszystko.

23:40, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 kwietnia 2010

Napisałem w ostatnią niedzielę tekst poniżej. Przeczytałem go chyba ze sto razy, zastanawiając się czy to ma jakiś sens? Czy warto dzielić się swoim zdaniem z innymi? Czy warto narażać się na niepopularne opinie o sobie i swojej szczerości? Przekonał mnie Pan Andrzej Wajda wypowiadając się o pochówku Prezydenta na Wawelu. Powiedzieć, nie w takim momencie to duża odwaga. Pan Wajda ma swoją niekwestionowaną pozycję w Polsce i jej historii. Nikt go nie opluje za to co powie, za to co zrobi. Ze mnie pewnie różni ludzie będą „drzeć koty” i mieć pretensje, może słuszne? Nie Wawel, to nie miejsce dla tragicznie zmarłego Prezydenta. Na to miejsce trzeba sobie zasłużyć. Lech Kaczyński nie zasłużył na to w najmniejszej miarze. Nie powinien spocząć obok Marszałka, to przesada i efekt egzaltacji zdarzeniem.

Nie cenię Lecha Kaczyńskiego za to co robił, gdy żył. Uważam, że był szkodliwym i nieudacznym prezydentem Warszawy. Wykorzystującym jedynie stanowisko do umiejętnego startu w wyborach na Prezydenta Rzeczypospolitej. Zaprzepaścił wiele okazji do stworzenia z mojego ukochanego miasta, właściwego, urbanistycznego i społecznego konglomeratu. Urbanistycznie nie zrobił nic. Społecznie też nic. Choć jest jeden wyjątek, Muzeum Powstania Warszawskiego. Za to go cenię. Muzeum powinno powstać wcześniej i to obciach, że go nie było. Ale czy w taki sam sposób powinienem doceniać rosyjskiego generała Sokratesa Starynkiewicza za zlecenie zaprojektowania i zbudowania inż. Wiliamowi Lindleyowi, wodociągów warszawskich. Wodociągi uratowały sanitariaty Warszawy, i ratują do dzisziaj. Muzeum uratowało resztki honoru, włodarzy miasta, przecież nie Powstańców.

Ironia losu, głosowałem na Kaczyńskiego Prezydenta Warszawy, tylko dlatego żeby prezydentem nie został reprezentant lewicy, bo z gruntu rzeczy jestem konserwatywnym antykomunistą i anty wobec polskiej soc, cokolwiek to oznacza. Jak wielu Warszawiaków, wygrałem, przegrywając. Muzeum to nie cała Warszawa. Mieszkam na Pradze Południe. Czy ktoś pamięta zamieszanie i paraliż władz Wawra wobec kwestionowania działalności władz dzielnicy? Czy ktoś pamięta, że w sądzie Prezydent L. Kaczyński przegrał? Dzisiaj prawie nikt.

Katastofa, była straszna. Ale nie udawajmy, konsekwencje są jedynie kłopotliwe. Nie umarła elita władzy i zarządzania Rzeczypospolitą. Umarł Prezydent i jego znacząca rola konstytucyjna. Umarli ludzie przed, którymi chylę czoło. Ale poza prezesem NBP nikt z nich nie miał znaczącego wpływu na funkcjonowanie polskiej gospodarki. Straty są intelektualnie wielkie, jednak tylko dla bogactwa wiedzy o Rzeczypospolitej. Brak którejkolwiek osób, które zginęły w wypadku nie ma najmniejszego wpływu na funkcjonowanie państwa. Oczywiście, tylko poza Prezydentem. Nie ulegajmy egzaltacji i histerii, bo takiej ulegamy. Polska nigdy wcześniej nie funkcjonowała, tak dobrze jak teraz.

To moje zdanie

Robert Drozda

A tak a propos, dlaczego mam sentyment dla Prezydenta? Bo gdy był prezydentem Warszawy wyasygnował z budżetu kwoty na sterylizację bezdomnych kotów, zmusił ZTM do wprowadzenia zasady przewozu zwierząt bez biletu. Zainicjował jako pierwszy prezydent polskiego miasta zasadę możliwości  wejścia do wszelkich instytucji z psami asystującymi osobom niepełnosprawnym. Za to go cenię bardzo. Mam też wiele do niego pretensji i to uzasadnionych. Ale już o nich zapomniałem.

Nikt jednak nie zasługuje na nieusprawiedliwioną śmierć.

21:19, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 marca 2010

Jak bardzo cenię moje dwa psy? Bardzo, bardzo najbardziej na Świecie.

Moje dwie goldenki, okropne zołzy, kochane pluszaki
Pełne zrozumienia dla moich wybryków po prostu zwierzaki.

Posiadanie dwóch psów. No może powinienem powiedzieć bycie z dwoma psami to rzecz trudna, nieznośnie, paskudnie przyjemna. Bycie z jedynymi, dwoma psami, po kilkunastu latach, to rzecz obrzydliwie dostojna, piedestalna, spiżowo – pomnikowa. Sobie pomnika bym nie wystawiał, raczej psom. Choć sobie też, nie udawajmy, przetrwanie z psami to ciężka praca. Usłyszałem niedawno taką opinię, że „mam dużo szczęścia posiadając takie psy”. To nieprawda. Szczęścia nie mam do niczego. Berta i Bianka, są takie bo to nie efekt szczęścia, tylko wieloletniej złożonej pracy. W przypadku Berty, która nic nie potrafi, to efekt bycia zrównoważonym. Im bardziej takim jestem, tym bardziej Berta taka jest. Im bardziej byłem wraz z relacjami rodzinnymi rozchwiany, tym bardziej Berta przestała wchodzić schodami na piętro domu. Im bardziej jesteśmy spokojni, Berta tym chętniej śpi w nogach mojego łóżka na piętrze. Przychodzi codziennie do łóżka żeby pomruczeć, żeby pogadać. Ale nie śpi ze mną i bardzo tego przestrzegam.

Już dawno przestałem wymagać od moich psów czegoś nowego. One takie są i to mi wystarcza. Nie eksperymentuję z nimi, nie robię niczego z czym wcześniej nie miały do czynienia. No może poza jednym wyjątkiem. Biance ostatnio założyłem obrożę uzdową. Gdzieś przepadła jej cudowna i nieskalana umiejętność chodzenia na luźnej smyczy. To efekt mojego zamknięcia się w czterech ścianach mojego domu. Przestałem wychodzić z psami w tzw. miasto i Bianka trochę „zdziczała”. Zanim dojdziemy w miejski gwar pies potrafi być niemiłosiernym ciągnikiem. Ale po przejściu trzystu metrów uspokaja się i jest prawie do stolerowania. Wcześniej wypracowane zachowania są trwałe, bo wśród miejskiego gwaru pies potrafi zachowywać się tak jak lubię. Idzie obok mnie i nie muszę o nim pamiętać. Poza pewnymi wyjątkami, każdy miejski śmietnik jest, do spenetrowania. Zatem założyłem jej obrożę uzdową. No i jak to z moimi psami, szybko się uczą. Wystarczyło 50 metrów i Bianka przypomniała sobie zasady kulturalnego chodzenia na luźnej smyczy. Nigdy wcześniej takiego urządzenia jej nie zakładałem. A tu taka piękna reakcja. Z psami szkolonymi, przynajmniej kiedyś, właśnie tak jest. Dodanie czegoś nowego szybko znajduje zrozumienie. Bianka migiem zrozumiała zasady. Kocham tą bestię niemiłosiernie, właśnie za to. No również czuję pewną satysfakcję z własnej pracy. W końcu to jakie są moje psy nie wzięło się z kosmosu, tylko ze wzajemnie akceptowanej współpracy. Uwarunkowania genetyczne odgrywają wielką rolę w kształtowaniu zachowań, zarówno ludzi jak i zwierząt. Jednak znaczenie warunków socjalnych i społecznych w jakich rozwija się jakiekolwiek stworzenie jest ważne. Czy najważniejsze? Nie mam w sobie tyle mądrości żeby przyznać, że tak. Choć właśnie tak myślę.

Obroża uzdowa. No właśnie, są na ten temat bardzo podzielone i różne opinie. Od pełnych zachwytu, lansowanych przez producenta i dystrybutorów urządzenia, do zdecydowanie negatywnych. Lansowanych przez naturalistycznie – pozytywnych szkoleniowców i anatomofizjologów. Jedni i drudzy mają rację. Niech każdy kto zajmuje się psami robi najlepiej jak to potrafi w zgodzie z własnymi przekonaniami.

Ja uważam obrożę uzdową, za bardzo przydatną, za świetnie wspomagające urządzenie. Nie uważam jej jednak za panaceum na troski związane z niesubordynowanym zachowaniem psów. Dla mnie jako psiego trenera, założenie Biance obroży uzdowej, to powinien być  niemiłosierny obciach. PRZECIEŻ dysponuję wiedzą i środkami żeby nauczyć mojego wypieszczonego psa subordynacji, bez wspomagaczy. Ale po prostu mi się nie chce.

To co założyłem Biance, nie jest do końca obrożą uzdową. To prawda, zasada jest podobna i sposób działania również. Ale sam zmodyfikowałem budowę takiej obroży, żeby nie była dla psa inwazyjna. No i rzecz najważniejsza opracowałem inną niż wynalazcy i producenta technikę używania takiej obroży. Spełnia się i spełniła w przypadku wielu psów, z którymi miałem do czynienia. Nie wróżę jednak sukcesu komercyjnego dla moich wynalazków. Wadą pomysłu jest to, że obroża powinna być szyta na miarę. Dla każdego psa dopasowana do kształtu pyska, długości i wysokości kufy, obwodu szyi i kształtu uszu. Odrębną sprawą jest technika prowadzenia psa na takiej obroży, rzecz prosta i skomplikowana. Wszystko to można opisać w zgrabnej instrukcji, ale mam małą wiarę w ludzką umiejętność przestrzegania zasad zawartych w instrukcjach. Kto z Was czyta i dokładnie stosuje się do zaleceń obsługi pralki, czy zmywarki zawartych w instrukcji obsługi? Jakiś niewielki procent. Ja niestety mam taką wadę, że czytam, sprawdzam i przestrzegam zasad zawartych w instrukcjach i procedurach. Jest to czasami upierdliwe, ale skutecznie ułatwiające życie. Szkoda tylko, że nie można napisać instrukcji na życie, bo właśnie z tym mam największy kłopot.

06:22, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 marca 2010

Zima ma się ku końcowi

Choć mróz trzyma

Są jednak pierwiosnki wiosnki

Zawsze miłe dla ucha, oka i ciała

Powoli z mozołem się wyrzyna

Jak zęby, mleczaki dziecka

Wolniutko z swędzeniem dziąseł

Białe i delikatne, jakże przydatne

Wiosna przyda nam się wszystkim

Wiosną zajmiemy się wszystkim

Zrobimy potrzebne remonty

W naszych głowach wre praca

Na wszelkie fronty

Nie zapominajmy jednak o tym

Że mleczaki wypadają

A co potem?

 

No właśnie, zima odpuszcza. Od kilku dni widzę, że na moim podwórku mam kawałek wyłożony kostką brukową. Śnieg jak tylko złapie trochę Słońca topnieje, wolno ale zawsze go mniej. Jeszcze miesiąc temu usypywałem góry zasp i kląłem pod nosem, bo nienawidzę być Zenkiem od odśnieżania. Nie urażając wszystkich Zenków. Tak tylko przypomniałem sobie piosenkę z cytatem: „ Wstawaj Zenek do roboty”.

Właśnie, myślę że przyszedł czas żeby wziąć się do roboty. W związku z tym, postanowiłem, że nie będę czekał na odmrożenie reszty zasp, tylko szkolenia zaczną się teraz.

Zatem zapraszam.

20 marca na pierwsze spotkanie dla grupy w ramach szkolenia „Pies Twój Towarzysz i Przyjaciel”.

21 marca na pierwsze spotkanie dla grupy w ramach szkolenia „Pies Twój wymagający Przyjaciel”.

27 i 28 marca na pierwsze spotkanie dla grupy w ramach szkolenia „Chcę mieć normalnego psa, zacznijmy od wieku szczenięcego”.

No właśnie, ta ostatnia propozycja to pewna nowość. Zapraszam do udziału w tych spotkaniach właścicieli szczeniaków. Grupa pierwsza to szczeniaki od 6 do 16 tygodnia życia. Grupa druga to szczeniaki od 17 tygodnia do 6 miesiąca życia. Nie będzie to „psie przedszkole” ani „szczeniaczkowo”. Uczestnicy zajęć będą mieli okazję popracować i dostarczyć sobie, swoim psom radości bycia razem. Cała nasza praca skupiać się będzie na tym żeby mieć psa, niekoniecznie wyszkolonego i gotowego do startu w zawodach, ale normalnego. Psa z którym możemy wyjść spokojnie na ulicę, do sklepu, do znajomych.

Program zajęć to moja autorska propozycja, opracowana na podstawie doświadczeń w pracy z ponad pięćdziesięcioma szczeniakami w ciągu ostatnich trzech lat. To również efekt mojej penetracji wiedzy z zakresu etologii i fizjologii zwierząt.

Szczegółowy program zajęć prześlę każdemu zainteresowanemu po wysłaniu zgłoszenia na adres 4drozdy@wp.pl

Każda para, pies – przewodnik uczestnicząca w prowadzonych przeze mnie zajęciach otrzyma nowy autorski wspomagający podręcznik, oraz DVD z wykładem nt. „Masażu uspokajającego psa”.

Szkolenie w każdej grupie to 20 spotkań plus dwa wykłady z tematyki wybranej przez uczestników zajęć:

Przykładowe propozycje to:

„Porozmawiajmy o komunikacji między zwierzętami.”

„Sposoby eliminacji zachowań nieporządnych.”

„Porozmawiajmy o agresji psów i innych zwierząt.”

„Jak zrozumieć psa? Trochę wiedzy z zakresu etologii.”

„Nasz szczeniak rośnie. Ontogeneza rozwoju psa i każdego innego ssaka.”

„Dlaczego pies nam towarzyszy? Społeczne, środowiskowe i administracyjne ograniczenia.”

„Mam psa. Czy jestem jestem dla niego właściwym przewodnikiem? Nigdy nie bądź dla niego panem.”

Zapraszam

Zainteresowanych proszę o kontakt:

Mail: 4drozdy@wp.pl

Tel: 668097589, 022 4284562

gg: 10330283

 

 

 

01:06, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 marca 2010

Słuch psa cd.

Pies i człowiek mają ze sobą wiele wspólnego. Wszak jesteśmy kręgowcami a dopiero potem ssakami. Podobieństw anatomicznych jest w naszych gatunkach dużo. Mimo różnej postawy, poziomu intelektualnego, patrząc się w lustro trudno znaleźć podobieństwo. Jednak człowiek ciągle szuka takiego podobieństwa oszukując samego siebie. Otóż, to totalna bzdura jesteśmy, bardzo, bardzo różni. Ludyczna teoria nt. upodobniania się psów do ich właścicieli niech pozostanie ludyczną głupią, niczym nieusprawiedliwioną, ale głupotą. Posiadanie psa dawno już zatraciło swój walor użytkowy. Tylko promil z całej populacji psów na Świecie znajduje swoją rolę psa użytkowego wobec człowieka. Reszta to tzw. psy użytkowe, bez przydziału lub z oszukańczym przydziałem jako psy obronne lub stróżujące. W dzisiejszej tożsamości, psy są właściwie maskotkami. Maskotka to przedmiot, ale funkcja maskotki nie jest przedmiotowa, choć od niej się zaczyna. W maskotce utożsamiamy całą masę emocji i niespełnionych potrzeb i iluzji. Pies czy kot, to taka ludzka maskotka i przytulanka. Ma jednak jedną cechę różniącą ją od misia kupionego w sklepie. Jest żywa i reagująca. Jak wszystkie żywe istoty poza gatunkiem ludzkim jest reaktywna. Człowiek jest reaktywny, reaguje na bodźce ale jest i aktywny, potrafi je rozumieć, rozróżniać i interpretować. W języku francuskim, słowo morze i matka brzmią dosłownie tak samo. Człowiek rozumiejąc kontekst wypowiedzi, będzie wiedział o co chodzi. Jeśli nauczymy psa ucząc go w języku francuskim, jednej reakcji na słowo: „może”, nie odróżni go od słowa „matka”. Dlaczego? Czy naprawdę trzeba to tłumaczyć? Bo zwierzęta to istoty reaktywne. Wierzę, że niepozbawione emocji, ale emocji reaktywnych bardzo ułomnych wobec emocji dojrzałego i rozumnego człowieka. Dlaczego jeszcze nic nie napisałem o zmyśle słuchu u psów. Właściwie napisałem, co będzie dalej?

Wkrótce napiszę.

 

 

 

 

    

 

10:55, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 lutego 2010

Psi słuch.

”Szeptem do mnie mów, mów szeptem.
By nikt obcy twoich słów nie słyszał.
Jak najciszej proszę mów”

No właśnie, do psa szeptem mów, on i tak starannie cię wysłucha.

Jakość wrażeń zmysłowych to ciągle wartości opisowe. Możemy mierzyć wrażliwość reakcji, ale nie powstałe w wyniku działania bodźca doznania np. emocjonalne. Możemy ocenić działanie bodźca jako przyjemny, lub nieprzyjemny, sprawiający ból lub rozkosz. To trochę rozumienie zero – jedynkowe. Z zer i jedynek można zbudować strukturę bliską ludzkiej inteligencji. Można ale jeszcze nikomu się to nie udało. Przy współczesnym stanie wiedzy sory, ale  subtelności  nie da się zbudować.

Dlaczego nigdy człowiek nie pojmie jakości doznań słuchowych zwierząt? Bo jesteśmy w porównaniu z wieloma zwierzętami głusi jak przysłowiowy „pień”. W porównaniu z psami jesteśmy bardzo głusi, bo operujemy słuchem tylko w pewnym zakresie częstotliwości dostępnych dla naszych gatunków. Mam tylko takie wrażenie, że dla nas najważniejszych, a dla psów ledwie zauważalnych. No właśnie, kompletnie nie myślimy o tym, że nasz głos jest słyszalny dla psa w każdych warunkach i z wielkiej odległości. Dlatego krzyczymy i mówimy podniesionym głosem, uczymy też psy reagowania właśnie na taki poziom natężenia naszego głosu. A można ciszej, dlatego szeptem do psa mów on i tak Ciebie usłyszy. Głos służy nam do komunikacji z innymi osobnikami, niekoniecznie tego samego gatunku. Operując głosem mamy możliwość jakby podwójnej komunikacji. Po pierwsze artykułujemy treści o konkretnym znaczeniu semantycznym. Po drugie odpowiednio intonując, możemy artykułować treść o znaczeniu emocjonalnym. Człowiek jednak tym różni się od zwierząt, że potrafi artykułować w sposób niezwykle emocjonalny rzeczy banalne, jak i bez emocji i dodatkowych środków pozawerbalnych mówić o rzeczach ważnych. Potrafimy wyrażać złość krzycząc, ale też potrafimy krzyczeć bez złości. Potrafimy wyłapywać z wypowiadanych przez kogoś słów subtelności i interpretować ich znaczenie. W świecie zwierząt komunikacja werbalna jest prostsza, choć czasami pełna niezauważalnych drobiazgów. Dlaczego o tym piszę? Wydawać by się mogło, że jest to fragment do rozdziału o komunikacji a nie o zmyśle słuchu. Słuch psa odgrywa kluczowe znaczenie w jego relacjach z człowiekiem. Człowiek czasami mówi „Tak cię oceniam, jak cię widzę”. W przypadku psów i innych zwierząt, można z całą pewnością powiedzieć: „Tak cię oceniam jak cię słyszę” i nie chodzi tu o merytoryczną warstwę wypowiedzi. Człowiek to taka dziwna istota, której się wydaje, że jeśli nie jest rozumiana to powód tkwi nie w tym co mówi, tylko jak mówi. Dlatego wydaje mu się, że mówiąc coś głośniej i wyraźniej zostanie zrozumiany. Typowy schemat rozmów z cudzoziemcami. Właściwie mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że psy traktujemy jak cudzoziemców operujących nieznanym nam językiem. W efekcie wrzeszczymy lub przynajmniej mówimy podniesionym głosem gdy kudłaty cudzoziemiec nas nie rozumie. Jest w tym pewna pułapka. Bo człowiek to taka dziwna istota. W relacjach z naszym światem zewnętrznym najbardziej nie lubimy gdy jesteśmy niezrozumiani. W relacji z własnym światem wewnętrznym, najgorzej znosimy brak zrozumienia dla siebie samego. Dużo łatwiej jest nam tolerować to gdy inni coś bełkoczą lub zachowują się niezrozumiale. Właściwie najczęściej, to nie tyle tolerujemy czego nie rozumiemy, raczej po prostu wycofujemy się z relacji. Lub, co gorsza, włączamy oczywisty mechanizm obronny, racjonalizując lub nadinterpretując to co jest oczywiste. Normalka, tak to jest. Komunikacja werbalna jest dla człowieka kluczową. Jej jakość merytoryczna i kontekst emocjonalny jest rozumiany jedynie przez człowieka. Pies zrozumie lub nie nasze emocje, ale kompletnie będzie głuchy na jakość merytoryczną naszych wypowiedzi. O psach mówi się jako o zwierzętach niezwykle empatyzujących, tylko ta empatia, jak to empatia. Dzieje się gdy dotyczy podobnej płaszczyzny komunikacji. Opowiadając komuś tzn. człowiekowi wzruszającą opowieść możemy go sprowokować do łez i nadmiernej afiliacji. Opowiadając to samo psu możemy sprowokować podobne reakcje, jednak nie będzie to wynikiem zrozumienia tego co mówimy, tylko jak mówimy. Intonacja głosu, gesty, to dla psa komunikacja kluczowa, dla człowieka jedynie uzupełniająca. Dlatego należy rozdzielić co ludzkie od tego co zwierzęce. Psy słyszą to samo co my, ludzie. Psy inaczej rozumieją to co mówimy i tylko troszeczkę to jak mówimy. A zresztą to tylko efekt tożsamej socjalizacji.

CDN. Wreszcie może napiszę coś o fizjologii słuchu psów. Ale będę to uzupełniał w treści jak powyżej.    

10:21, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27