statystyka
Będzie o mnie i moim zmaganiu się z sobą samym. O psach i mojej wielkiej do nich miłości i wdzięczności za pomoc na każdym zakręcie.
RSS
wtorek, 24 czerwca 2008

Jeszcze jeden krótki wpis. Kasiu wielkie dzięki, że jeszcze mnie tolerujesz mimo moich psich wyskoków. Jesteś kochana i mówię to publicznie. Podziwiam Twoja cierpliwość.

00:23, r.drozda
Link Dodaj komentarz »

Tango miał przez ten tydzień wolne. Poza planowymi wyjściami nic nie robiliśmy. Celowo, to w końcu nie jest cyborg ani pies sportowy. Trochę zainspirowała mnie do tego Panda. A dajże sobie facet chwilę spokoju. No i ten czarny, zaczął zupełnie inaczej się zachowywać. Po prostu jest. Może to jakieś czary ale dzisiaj pokazałem mu leżącą na podłodze serwetkę i powiedziałem podaj. Podał, to jakiś absurd. Ćwiczyłem z nim wstęp podawania, ale żeby tak podał od razu. Często gdy nosi coś w pysku wołam go i mówię podaj, Tango podchodzi i oddaje, może to jakoś się zgeneralizowało. To tylko pokazuje jak można dojść do efektu różnymi drogami, jednak wymaga to wielkiej czujności i doświadczenia. Proszę Was moi drodzy kursanci, nie naśladujcie tego co robię z Tango, róbcie wszystko tak jak na naszych spotkaniach. Lepiej niczego nie przekombinować, lepiej trzymać się reguł, które są czytelne i znane.

Wolne wobec Tango co to znaczy? Tzn. że robimy to co zwykle, niczego nowego. To kontrolowane spacery i wyjścia na miasto, to przywołania i kontrolowane zachowania wobec Goldenek. No i właśnie w tym bezczynnym tygodniu ładnie nauczył się nie podejmowania żarcia bez odpowiedniego hasła. Jakie to hasło na razie wiem tylko ja i Tango.

Bardzo jakiś intensywny zrobił się ten weekend. Spotkałem się z całą masą różnych psów, szkolenie potem pojechaliśmy z Sylwią na drugi koniec Polski do Krzysztofa, który ma dostać od nas psa. Powrót w nocy i znowu od rana szkolenie. Mimo zmęczenia, w niedzielę dostałem całą masę wzmocnień. Dzięki temu lubię to co robię, nawet coraz bardziej i bardziej.

W ten weekend zakończyłem spotkania z Bąblem i Beatą, z Yuki, Marcinem i Magdą. Miodem na moje serce było to, gdy podszedł do mnie Marcin i powiedział: „Doszliśmy z Magdą do wniosku, że trochę się u Ciebie zasiedzieliśmy z Yuki”. Uff.. pomyślałem no nareszcie. Bo Yuki i Marcin wreszcie załapali, że są świetnie zgraną parą. Posiadają wszyscy troje wiedzę i umiejętności, które pozwolą im na korzystanie z rozkoszy wspólnego bycia razem i obok siebie. To taka moja duża satysfakcja usłyszeć od kogoś gdy mówi, że dalej chce już sam ciągnąć tą przygodę. Naprawdę wielki ukłon dla Waszej decyzji. Gdy wrócicie z urlopu, na kolejnym naszym zjeździe czekać będzie na Was dyplom ukończenia naszego kursu i to z wyróżnieniem.

Bąbel i Beata, nie napiszę wiele bo poprzewraca im się w głowach. Bąbel to ideał Goldena. Beata z Bąblem to idealna para. Pies stworzony do zajęć kynoterapeutycznych, popartych pasją, wiedzą i umiejętnościami Beaty. Dyplom z wyróżnieniem również będzie na Was czekał.

Była też Tosia, mały sympatyczny kundelek w typie miniaturowej sarenki. Pies schroniskowy z reakcjami lękowymi na wszystko. Kichnięcie i zapalenie zapałki powoduje w niej reakcje lękowe. W niedzielę poprosiłem przewodników psa o zostawienie psa i pójście na lody. Tak też się stało. Tosia została ze mną sama. Najpierw nosiłem ja na rękach, potem pojechaliśmy samochodem na zakupy i wróciliśmy w spokojnym tempie, na piechotę do domu. Pies który bał się na mnie spojrzeć po godzinie jadł mi z ręki i nawet ćwiczyliśmy gwizdek. Wyszło świetnie, Tosia jest niezwykle pojętnym psem. Świetnie ćwiczy, świetnie się uczy. Mam nadzieję przeprowadzić z nią cykl zajęć odwrażliwiających na innych ludzi a potem zobaczymy. Jak widzę jak pięknie pracuje ze swoją Panią to skacze mi ciśnienie. Oby tak dalej.

Ta trawa nie gryzie

Na koniec napiszę jeszcze coś dla szerokiego grona wtajemniczonych.

Jest Karina i taki czarny jak smoła labek Kofi. Dwie bardzo wrażliwe i pełne ciepła kobiety. Ujmuje mnie ich delikatność i ostrożność. Ujmuje mnie i powala umiejętność Kariny rozmawiania z ludźmi o psach. Karina jest trenerem Fundacji Pomocna Łapa. Karina i Kofi potrafią skakać na skakance, potrafią też każdego zainspirować do spojrzenia na swojego psa inaczej niż można to sobie wyobrazić. Wielkie Ci Karinko dzięki za tych kilka rozmów z Alicją i Iwoną. Masz swój wielki udział w tym że Kazik znalazł swoje miejsce.

Karina i Kofi, poważny i skupiony trener i jej pies.

 

00:09, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 czerwca 2008

Cukier bywa inspiracją. Melchior Wańkowicz wymyślił kiedyś, chyba najlepsze hasło reklamowe w historii reklamy: „Cukier krzepi”. Tango może gdzieś o tym przeczytał i dlatego wylizał cukiernicę. Jak widać, Małgosię autorkę bajek o Tango też zainspirowało to zdarzenie i powstał ciąg dalszy. Jak zwykle czuję się nieswojo czytając akapity o sobie. Jednak urokliwość tekstu jak zwykle mnie rozmiękcza i może nie krzepi jak cukier, ale bardzo pokrzepia.

 

"Tango i Białe Kryształki"

Tego ranka, korzystając z faktu, że Drozda jeszcze smacznie śpi, Tango postanowił zrobić coś zakazanego i absolutnie niestosownego. Właściwie, tak naprawdę to wcześniej tego nie planował, samo to do niego przyszło, to był impuls, któremu jednak nie mógł się oprzeć.
Te białe kryształki, błyszczące w świetle pierwszych promieni wschodzącego słońca były takie piękne i pachniały tak kusząco i słodko.... Światło przenikało przez szklaną kulę, w której były ukryte i delikatnie je ogrzewało powodując, że ten słodki zapach był wprost nie do zniesienia. Tango od dłuższego już czasu stał i patrzył na szklaną kulę, stojącą na stoliku, a kryształki wabiły go cichutko „ chodź, poliż nas troszkę, skosztuj, jakie jesteśmy pyyyyszne i słodziutkie, jesteśmy lepsze niż coca-cola, nie szczypiemy o nosek... będzie ci się podobało....”
Tango kilka razy odwrócił wzrok, próbując znaleźć coś bardziej interesującego, ale jak na złość nawet mucha przestała się obijać o szybę balkonu i jakby zamarła, w oczekiwaniu na jego decyzję. Tango oblizał pyszczek i zastrzygł uszami.
„Drozda śpi – pomyślał – nigdy się nie dowie, jeżeli podejdę troszeczkę bliżej i tylko powącham” – po czym przysunął się do stolika i oparł pyszczek na blacie, z lubością wciągając w mokry nosek oszałamiający zapach magicznych kryształków. Stał tak chwilę odurzony, a kryształki szeptały „ No, dalej, nikt nie widzi, skosztuj nas.... skosztuj....”
Sam nie wiedząc kiedy, Tango wysunął języczek, chciał tylko być bliżej nich, a one jakby na to czekały, przykleiły mu się do pyszczka i napełniły do błogą słodyczą !
„Widzisz, czujesz? Jesteśmy pyyyyszne, jesteśmy słodziutkie, jesteśmy najlepsze! Bierz nas, Drozda śpi i nigdy się nie dowie!” – krzyczały do niego z wnętrza pyszczka i ze szklanej kuli.
Mucha na oknie zabrzęczała i umilkła, jakby przeczuwając, że zaraz stanie się coś złego i nieodwracalnego.
„Och tak, na pewno się nie dowie, jeszcze tylko raz poliżę, nawet nie zauważy” – pomyślał Tango, po czym wystawił język i zagarnął wielką porcję słodyczy, która szybko napełniła go niewypowiedzianą wprost błogością. A potem jeszcze jedną porcję... i jeszcze jedną.... i jeszcze.... nie mógł przestać, a kryształki wciąż wabiły „ no bierz, bierz, jedz nas, w końcu co tam Drozda, nawet jak cię złapie to co ci zrobi? To tylko głupi człowiek, bierz, jedz!!!”
„Jak to głupi człowiek?- Tango oprzytomniał i próbował wypluć garstkę kryształków, która przykleiła mu się do podniebienia. Już nie były takie smaczne i słodkie, teraz paliły go w języczek, chciał się ich jak najszybciej pozbyć, włożyć je z powrotem do szklanej kuli, żeby wszystko było tak, jak przedtem.
- Drozda nie jest głupim człowiekiem! Drozda jest najwspanialszym czarodziejem na świecie i nikt nigdy nie może o nim mówić źle! To wy jesteście głupie, bo chciałyście nas rozdzielić i ja jestem głupi, że się na to nabrałem! – krzyknął Tango, wypluwając resztki kryształków.
I kiedy tak pluł i charczał , próbując pozbyć się z pyszczka tej ohydnej słodyczy, nagle usłyszał za sobą znajomy głos:
- Tango, dlaczego wyżerasz cukier z cukiernicy? Czy nie mówiłem Ci, że to jest niezdrowe i że pieski nie jedzą cukru?
- Och! Przepraszam, przepraszam, już nigdy, przenigdy nie będę, te kryształki kłamały i mówiły o Tobie straszne rzeczy! - krzyknął Tango, rzucając się w stronę stojącego w drzwiach Drozdy. Z radości podskoczył i próbował polizać Drozdę po twarzy, a ogonek zaplątał mu się między łapkami – Skąd wiesz, co zrobiłem, przecież spałeś?
Drozda kucnął, przytulił Tanga, podrapał go za uszami i powiedział:
- Czy nie mówiłem Ci, że zawsze wiem, co robisz? Nawet, kiedy mnie nie ma i tak Cię obserwuję?
Tango jeszcze raz okręcił się wokół swojego ogonka, po czym pomyślał „ No tak, miałem rację, Drozda to największy czarodziej na świecie!”    

   

 napisała Małgosia Glajcar
09:02, r.drozda
Link Komentarze (1) »
wtorek, 17 czerwca 2008

Napawamy się całą czwórką ciszą i spokojem. Berta chodzi sobie po ogródku i co chwila zmienia miejsce swojej wylegiatury, tak jakby chciała powiedzieć to wszystko moje. Bianka z Tango śpią wtuleni w siebie w klatce, ja mam czas żeby coś napisać. Trochę jak w Rejsie Piwowskiego: „Nic się nie dzieje, pola, pola, o... krowa ...”. Trochę wprowadziłem w ten weekend zamieszania w nasze bardzo zrytualizowane życie. Żyjemy sobie dość ułożenie, jeśli chodzi o tryb, nawet bardzo. Nagle w ten uporządkowany system relacji psów i człowieka wkrada się burza rozmywająca ustalony porządek. Znowu przez nasz dom przeszły 24 osoby ze swoimi 21 psami. Porządek ustalony, zmienia się nawet legnie w gruzach. No i właśnie na tych gruzach, poległa i to dość wyraźnie obyczajowość Tango. Wskakiwał na kanapę, wyżarł zawartość cukiernicy, urządził histerię gdy zostawiłem go w domu i poszedłem na zakupy z Bianką. Skakał na gości, nakręcał się ponad miarę w stosunku do mnie i do innych psów. Przyznam, że byłem tym nieźle podłamany, czasami wściekły a to nie ma dobrego wpływu na naszą relację. Był też spacer Traktem Królewskim. Tango spisał się na nim o niebo lepiej niż miesiąc temu. Jednak spacer był dla niego za długi, nie w naszym tempie i nie w naszej dynamice zachowań. Może jednak tym razem, zysków z tego było więcej niż strat. Zdarza nam się przecież wychodzić w miasto na dłużej niż trzy godziny i to sama rozkosz wtedy z nim pracować, ćwiczyć. Właśnie, ale tym razem nie przestrzegałem reguł, które razem ustaliliśmy. Na tym etapie szkolenia, na tym etapie jego rozwoju, to stanowczo za dużo zmian. Staram się go zaskakiwać, różnymi nowymi zdarzeniami, jak np. wizyta na koncercie lub spacer wśród straganów na dużym targu. Ma to jednak swój początek i koniec wyznaczony przez granicę wytrzymałości psa na dodatkowe stymulacje. Ta granica się rozszerza, ale to ja muszę decydować kiedy nie wolno jej przekroczyć. Na tym polega szkolenie. Trochę poczułem się w sobotę jakbym uczył dziecko pływania wrzucając je na najgłębszą wodę do basenu, mając nadzieję, że lęk przed utopieniem nauczy je pływać. Cóż niekonsekwencja jest rzeczą ludzką, tak jak popełnianie błędów. W takich sytuacjach powtarzam sobie stary i głupi.W dodatku natknąłem się na swój tekst z przed kilku lat, napisany dla studentów psychologii. Tym bardziej, że dotyczył on przeprowadzania procesu szkoleń w tzw. trybie szkolenia/nauki i trybie pracy. Jak wiadomo nie jestem zwolennikiem mieszania psychologii ludzkiej i zwierzęcej, jednak to co w tym tekście istotne dotyczy ludzi, nas instruktorów szkolących psy, też i własnej metodologii postępowania. Wystarczyła chwila napięcia i wszystko czego uczyłem innych spłynęło wąską rurą kanalizacji. Naprawdę stary i głupi.

Niedziela była dniem, kiedy jak zwykle przyjeżdżają do nas kursanci. Mieliśmy do tej pory za sobą trzy takie doświadczenia. Za każdym razem trudniejsze. Tym razem już na wstępie napięcie bardzo wzrosło. Chyba obecność nowego „agresywnego” owczarka niemieckiego to spowodował. Podzieliliśmy towarzystwo na kilka mniejszych grup, które odbyły spacer edukacyjny pod okiem, Kariny, Sylwii, Grześka, Piotra i moim. Potem było spotkanie w moim ogródku. Osiemnaście psów. Pięknie było popatrzeć jak taka masa psów, na tych moich niespełna 300 m/2, jest upieszczana, spokojne psy. Stopniowo, jak zwykle odpinaliśmy ze smyczy psy i w końcu mieliśmy całą gromadę kolegujących się ze sobą kudłaczy. Nie obyło się bez kilku awantur, ale za to pięknie załatwionych bez ingerencji człowieka.

Udało się na tym zapanować.

Psem miesiąca okazał się Bąbel. On po prostu w ciągu kilku minut zrobił nam wszystkim, czytelny wykład na czym polegają sygnały uspokajające, jaki jest skutek i korzyści z ich stosowania. Bąbel rozładował, nasz niepokój związany z obecnością „agresywnego” owczarka. Bardzo, bardzo mądry pies władający wieloma językami. Dzięki Bąblowi, przerażona Diana chyba zaczęła rozumieć, że można porozmawiać z innymi psami a nie tylko z nimi pyskować.

Beato! Macie naprawdę skarb.


Pies miesiąca ze swoją Panią. 

Przewodnikiem miesiąca jest dla mnie Danusia właścicielka Tropa. Trop na spotkaniu nie był spokojny. Od czasu do czasu marszczył fafle pokazując swoje białe perełki. No i w końcu doszło do awantury. Z zewnątrz wyglądało to groźnie, znaczy normalnie. Gdy psy się sparowały, Danusia wstała z krzesła puściła smycz i się odwróciła. Sytuacja była pod naszą kontrolą i nie dopuścilibyśmy do eskalacji zdarzenia. Jednak ze strony Danusi wymagało to dużej odwagi. Psy normalnie, trochę się opluły i powarczały. Nic się nie stało, znaczy stało tylko bez negatywnych konsekwencji dla psów. Rozwiązały konflikt bezboleśnie. Trochę nerwów kosztowało zdarzenie Danusię, ale też zobaczyła jak inaczej można spojrzeć na zachowania Tropa. Brawo dla tej pary.

 
Danusia i Trop.  

Działy się jeszcze różne mniejsze i większe zdarzenia. Było niezwykle miło gościć Was wszystkich.

Na spotkaniu dostałem zdjęcia zrobione przez Magdę od Yuki. Są to zdjęcia z poprzedniego spotkania. Są przepiękne. Oglądając je złapałem się na jednym, gdy mam wokół siebie tyle psów zwracam uwagę tylko na ich zachowania, relacje między psami i ludźmi. W ogóle nie zwracam uwagi na ich wielką psią urodę. Dopiero zdjęcia i chwila spokoju w ich oglądaniu uświadomiła mi, że przez dwa dni było wokół tyle urokliwych stworzeń. Kudłate, łaciate, wyczesane i potargane, przymilające się i patrzące głęboko w oczy swoim cielęcym wzrokiem. Gdzieś podświadomie zapewne to zanotowałem, ale potrzeba było chwili refleksji, żeby do tego wrócić. Zapraszając do siebie tyle ludzi z psami jednak najpierw muszę zachowywać się odpowiedzialnie a potem zadbać o własne doznania estetyczne. Nic jednak z tego nie ucieka. 

Popijemy sobie jak Dog z Labkiem

         

15:56, r.drozda
Link Komentarze (1) »
środa, 11 czerwca 2008

Minęło kilka dni i jakoś mi przeszło. Wymieniłem z Elą kilka maili nt. Altury i dygot mi przeszedł. Nie mam zazwyczaj kłopotu z okazywaniem emocji, ale Altura to coś nad czym czasami trudno mi zapanować i poukładać. Przez ostatnie dwa dni chodząc z Tango po mojej okolicy, ćwicząc z nim zorientowałem się, że to jakby powtórka z rozrywki. Te same miejsca, te same zdarzenia, ci sami ludzie tylko Tango nie jest Bouvierem. Chyba kiedyś będę chciał mieć suczkę Bouviera. Może jednak, nie, bo za bardzo bym chciał żeby to była Altura. Dobrze jest mieć różne psy i nie lokować w każdym następnym oczekiwań i potrzeb spełnianych przez ich poprzedników. Najlepiej poczułem to zamieniając Dogi na Goldeny. Chyba poczułem dużą ulgę. Kiedyś gdy była u mnie Altura mówiłem, ze mam trzy Goldeny w tym jeden czarny. Faktycznie Altura stawała się coraz bardziej Goldenem a moje Goldenki coraz bardziej Bouvierami. Przynajmniej ja tak o tym myślałem. Jednak wszystkie psiaki zostały takimi jakimi pozostać powinny. Ważne, że nie plącze mi się z Tango. Mam wobec niego inne oczekiwania i inne potrzeby spełnia towarzystwo tego czarnucha. To tyle. Dla odmiany idę na dłuższy spacer z Bertą, moja królewną. Bo Berta to królewna, Bianka to księżniczka a Tango to ... chyba księciunio.

W najbliższy weekend będzie u mnie kolejny nasz zjazd. Przyjaciół, znajomych, naszych kursantów i zainteresowanych zapraszam w niedzielę, jak zwykle o 12.00.
20:59, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 czerwca 2008
Miałem w głowie gotowy kolejny wpis. Przeznaczyłem na to jakieś ½ godziny. Miał być długi i bardzo analityczny. Jednak wymiękłem, napisała do mnie Ela z Krakowa, że Altura jest już od jakiegoś czasu u niej. Sory, ale dzisiaj nie pozbieram mysli. Nie mogę spokojnie do niczego wrócić. Zobaczyłem kilka zdjęć mojej brudnej brody i całą masę wspomnień. Dzisiaj zostanę z nimi, jutro może coś napiszę.    
11:49, r.drozda
Link Komentarze (1) »
piątek, 06 czerwca 2008

W środę i czwartek zobaczyłem jak bardzo było istotne ćwiczenie z Tango podążania za mną, chodzenia przy nodze na smyczy i bez niej. Codziennie ćwiczymy na wózku. Wczoraj wykonałem tak 1/3 naszej codziennej trasy zakupowej siedząc na wózku. Wszystko, łącznie z wchodzeniem i wychodzeniem przez furtkę, zostawaniem Tango i przywoływaniem na hasło. Potrafi pięknie pozostawać w siadzie przedłużonym. Zostawiałem go na środku chodnika i odjeżdżałem na 15-20 metrów. Przybiegał na każdy mój gest. Gorzej jest z warowaniem, tego jeszcze nie potrafi, ale znając jego możliwości to kwestia tygodnia. To chyba bardziej mój problem, zaczynają mnie boleć plecy od ciągłego schylania i chyba podświadomie unikam tego ćwiczenia. Nie ma zmiłuj się, za tydzień musi to potrafić.  Jednak bardzo, bardzo dumny jestem z Tango za taką determinację ćwiczeń gdy siedzę na wózku. Dla mnie to była makabra. Wszystko mnie boli. Wózek nie przeznaczony do samodzielnych spacerów, szutrowo-piaszczysta droga, chodnik tylko przypominający chodnik i ja ze średnimi umiejętnościami, korzystania z takiego narzędzia jak wózek. Duża lekcja pokory. Ale nie ma innej drogi, nie można ćwiczyć z przyszłym asistem tylko w sterylnych warunkach ringowych. Już kiedyś napisałem, jak nie przejdę i nie doświadczę bólu związanego z tym jak trudno jest być niepełnosprawnym, nie będę instruktorem. A Tango, temu mojemu ulubionemu „gamoniowi” wszystko jedno. Jemu przychodzi wszystko z łatwością niezależnie czy siedzę na wózku czy stoję na nogach. Bardzo dużo się nauczyłem w ciągu tych kilku dni. Nauczyłem się bo jest mi łatwiej. Dominik powiedział, że nauczenie osoby zdrowej jazdy na wózku to kwestia kilku lub kilkunastu godzin treningu. Dla osób z dysfunkcjami to czasami rok lub dużo więcej. No i co tu porównywać. Jedno z całą pewnością wiem, tzw. pełnosprawni nie wyszkolą psa asystującego bez przyklejenia się do wózka. To jednak bezwzględny i konieczny i warunek treningu. Nie jest łatwo. Pisząc coś takiego, bo pewnie jest to zniechęcające dla wielu adeptów takiej pracy trochę działam przeciw. Ale uczciwość w komentowaniu jest lepsza niż udawanie, że Świat jest tylko piękny.

Jest jeszcze jedna historia do przepowiedzenia. Gdzieś w lutym trafiła do nas na szkolenie Bafi, Iwona i Alicja. Bafi jest pięknym i bardzo, bardzo zdolnym owczarkiem niemieckim. Alicja jest niepełnosprawna a Iwona to jej mama.  Niestety nie udało się z Bafi zrobić, może nie asista, ale psa towarzyszącego osobie niepełnosprawnej. Bafi znalazła dzięki Sylwii swoje nowe miejsce i zapewne będzie jej tam dobrze. Do Alicji trafi natomiast nasz Fundacyjny Kadryl. Oaza spokoju i zrównoważenia. Alicja i Iwona przeszły z nami cały kurs szkolenia, są obydwie bardzo głęboko przez nas przeszkolone co do postępowania wobec psa przy wykorzystaniu pozytywnych technik pracy ze zwierzętami. Bardzo mnie cieszy i podziwiam ich decyzję rozstania się z Bafi, rozumiem trudność w jej podjęciu, przyklaskuję decyzji przyjęcia Kadryla. Dla Sylwii, która włożyła wiele pracy w Kazika to mam nadzieję będzie pięknym ukoronowaniem poniesionych wysiłków. To duże wzmocnienie dla Fundacji, która jest też i moim miejscem. Chciałbym, żeby coś takiego zdarzało się kilka razy w tygodniu, niestety może się tylko zdarzyć dwa lub trzy razy w roku. Czasami raz w roku lub w ogóle. To naprawdę trudna praca.     

13:34, r.drozda
Link Komentarze (1) »
środa, 04 czerwca 2008

We wtorek znowu byliśmy na lekcji jazdy na wózkach. Niby to samo co tydzień wcześniej ale poszło lepiej. Tym razem dołączył do nas Piotr. Pod okiem Dominika ćwiczyliśmy niby to samo ale inaczej. W pewnym momencie popatrzyłem się przed siebie i udało mi się utrzymać tzw. balans na dwóch kołach wózka. Potem coraz dłużej i dłużej. Kurczę wyszło. Nie wiem jak i kiedy. Jak już mi to wyszło to podjeżdżanie pod próg było łatwiejsze. To bardzo trudne i bardzo łatwe. Trzeba tego spróbować żeby wiedzieć co odpowiedzieć. W przyszłym tygodniu wybiorę się na lekcję z Tango. Mam nadzieję, że będzie śmigał obok mnie.

Przez kilka ostatnich lat widziałem różnych moich znajomych śmigających na wózkach, pokonujących bariery, zjeżdżających po schodach. Zawsze byłem pełen podziwu dla takich ekwilibracji. Dla mnie to było łatwiejsze bo jestem sprawny, dla nich to wysiłek, który doceniam i nawet trudno mi o tym powiedzieć jak bardzo. Zatem wszystkich moich przyjaciół „kulawych” mocno pozdrawiam. Raz w tygodniu przez godzinę jestem „kulawy” i potem wszystko mnie boli. Najciekawsze że najbardziej nogi, gdzieś tam kumuluje mi się najwięcej napięcia. Od jakiegoś czasu pracujemy z Tango przy wózku generalizacja chodzenia przy nodze i podążania za mną wychodzi dobrze. Mam nadzieję, że będzie postępowała. Zobaczymy jak wyjdzie w najbliższy wtorek.

Tym czasem kilka zdjęć. 

Odczep się

Plaę papierosa, odczep się

Wreszcie sobie poszedł

21:52, r.drozda
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 02 czerwca 2008

W międzyczasie dostałem od Beaty kilka zdjęć ze wspólnego spaceru.

Bardzo przydatna umiejętność psa asystującego osobie niepełnosprawnej, chodzenie przy nodze po wodzie.

Podobnie przydatna umiejętność siad w wodzie.

Umiejętność pływania może okazać się przydatna.

Inne zdjęcia można zobaczyć pod adresem:

http://picasaweb.google.pl:80/babelblue/Swider

Sobota

Znowu zupełnie „przypadkiem” mam u siebie Pandę. Grzesiek wyjechał na dwa tygodnie urlopu i ten czas spędzi u mnie Panda. W pierwszej chwili chciałem odmówić, ale nie. Jak jesteśmy sami, Panda jest moja przyjaciółką. Uwielbiam jej spokój i zrównoważenie. Chyba nauczyliśmy się nawzajem być razem. W ciągu ostatniego pół roku co jakiś czas Pandziora przyjeżdża do mnie na dwa tygodnie i zawsze są one niezwykle sympatyczne. Staram się, żeby w moim domu, w moim miejscu było spokojnie, wręcz relaksacyjnie dla psów. Mam teraz obok siebie szesnaście łap i cztery nosy. Właściciele tych narządów przewalają się po ogródku, tarasie i całym mieszkaniu. Są obok siebie i odpoczywają, ja mam czas, żeby coś napisać. Czasami psy pobiegają, poszaleją potem każdy z nich znajduje swoje miejsce. Dla mnie samego to wielkie doświadczenie mieć cztery psy i zajmować się sobą. Grzesiek przywiózł Pandę w dość trudnym momencie. Zaraz zaczynałem spotkanie z moimi kursantami. Berta, Bianka i Tango musieli zaakceptować pojawienie się Pandy a potem obecność innych psów, z którymi nie mieli kontaktu. Trochę ujadania i pretensji, które szybko przeszły. Po spotkaniu psy odetchnęły, powyjadały reszki żarcia tkwiącego w kostce brukowej i powaliły się na swoich miejscach. Acha, Tango i Panda nie wyżerały, bardzo pilnowałem żeby zapomniały, że są śmieciarzami. Ok. południa odprowadziłem Kasię do autobusu i jednocześnie dałem niezłą lekcję pokory Tango. Chodzenie na smyczy w dość ruchliwym miejscu, ćwiczenie siad z marszu i hasła stop, warowanie na skrzyżowaniu itp. Pacjent przeżył, ja też. Po powrocie do domu Tango padł, wypił miskę wody i zasnął.

Co było potem? Totalnie nic. Zapomniałem, że psy są w domu, poległy i wygrzewały się w Słońcu. Może dlatego, że uwielbiam takie chwile, może dlatego, że One dobrze o tym wiedzą. Zawsze gdy zostaje u mnie jakiś pies na dłużej informuję o tym moich rodziców i relacjonuję „instrukcję obsługi”. Starsi Państwo są bardzo konsekwentni, należy im się pomnik. Jednakże pierwsza reakcja jest taka: „ W co ty się znowu pakujesz”, po kilku godzinach słyszę „No tak miałeś rację”. Dzisiaj z Pandą było podobnie. Zresztą Oni dobrze ją znają. Poszedłem z Pandą na wizytę do rodziców i zachowywała się nienagannie, pilnowała się mnie jak wyroczni. Chyba gdzieś z Grześkiem robimy wokół psów podobne rzeczy, choć różnimy się od siebie. Lub może Panda jest bardzo, bardzo już uniwersalna. Szkoda, że nie trafiła na te dwa tygodnie do Anity.

Po południu znowu wyszedłem na spacer. Tym razem z Tango i Pandą zapiętymi na dwóch krańcach jednej smyczy. Poszliśmy do naszego City. Zrobiłem eksperyment, trzymałem smycz jednym palcem uniesionym na wysokości brzucha. Cały spacer ok. 2,5 km psy przeszły pozwalając trzymać tak smycz. Dwie mordy na wyprzódki wlepiające we mnie wzrok i maszerujące równo, aż mi się zrobiło głupio. Sprawdziłem, że nie zapomniały, może jeszcze kilka razy znowu się tak zrobimy? Świetne ćwiczenie instruktorskie zapanować, nawiązać relację z dwoma psami na dużym skupieniu. Panda jest super i już dużo pracowała, Tango tyko aspiruje ale robi to świetnie. Ja, no cóż dałem sobie z tym radę i mam wielką z tego satysfakcję. Dwa szkolone psy, jeden cel. Bardzo mi się to spodobało. Psom chyba też.

 Niedziela

W niedzielę od rana miałem kursantów. Najpierw przyjechała Bernenka Zorka, pięknie pracowała przedłużone warowanie i jako sztuczkę w pięć minut opanowała przybijanie piątki, ku wielkiej uciesze jej Pani. Potem była Tosia potwornie wystraszony mały kundelek, drobnymi bardzo drobnymi kroczkami przełamujący swoje lęki. Kiedyś napisałem, że będzie coś więcej o niej, bo to ciekawy przypadek, jednak to dopiero w przyszłym tygodniu. Chyba wiem co zrobić, mam wobec niej pewien plan. Była Yuki, trochę się rozpuściła tygodniowym urlopem i swobodnym hasaniem. Jednak łatwo ją doprowadzić do porządku. Wobec Yuki i Marcina mam na następne spotkanie niecny plan. Mam nadzieję, że Marcin to wytrzyma. Co do Yuki nie mam wątpliwości, że będzie zadowolona.

Przyjechał też Bąbel z Beatą i Jej rodziną. Poćwiczyliśmy chwilę ekstremalne rozproszenia dźwiękowe. Walenie w metalową miskę, podnoszenie zadka w pozycji siad. Bąbel dawał się podnosić i wracał do takiej samej pozycji z jakiej go usiłowałem go wyrwać. Przy Beacie Bąbel czuje się tak bezpiecznie, że gdybym chciał mu wydłubać oko uznałby zapewne, że taka była potrzeba. No może przesadziłem.

Po kilku ćwiczeniach zapakowaliśmy się w samochód i pojechaliśmy całą gromadą z Bąblem i Tango na rzekę Świder. Dla Tango był to pierwszy kontakt z wodą. Nigdy wcześniej poza deszczem i miską z wodą nie miał kontaktu z żadnym zbiornikiem wodnym. Do tej pory nawet kałuże omijał bokiem. W końcu musiał zobaczyć, że takie zjawiska też istnieją. Znaleźliśmy odpowiednie miejsce. Świder jest bardzo bezpieczną i spokojną rzeczką idealną na spacery z psami. Tango z nieufnością podszedł do wody. Zrobiłem tak, że do niej wszedł. Nie powiem jak bo mogę dostać burę, ale to było naprawdę przemyślane. Żeby dojść do brodu, po którym mógł spokojnie biegać musiał przepłynąć 3 metry bez kontaktu z gruntem. Raz mu jakoś koślawo, ale wyszło. Drugim razem, nie potrafił utrzymać równowagi, robił piruety nurkując i przytapiając się. W końcu pokonał tą przeszkodę kilka razy płynąc jak należy. Beata i Kasia próbowały stworzyć koalicję przeciw mojemu „nieludzkiemu” traktowaniu Tango. Jestem na to jednak wodoodporny. Tango musi umieć pływać. Wczoraj woda nie była żywiołem tego retrievera. Nawet będąc na luzie, Tango wolał chodzić rzeczką przy nodze. Pierwszy raz, nowe warunki, duża niepewność ale wielkie zainteresowanie. Zapewne jeszcze raz lub dwa pojedziemy nad Świder żeby poćwiczyć pływanie a potem przystopujemy. Lepiej żeby nie obudził się w nim instynkt psa wodnego, który przyćmi wszystko to co potrafi. Szkoda bo to piękny widok. Retriever w wodzie biegający, ganiający kaczki, aportujący patyki lub friesbie. Oczywiście w bezpiecznym i nieinwazyjnym miejscu. Już o tym pisałem Świder taki jest, po za tym pachnie pokrzywami i miętą.

Wróciliśmy do domu cali mokrzy, psy też i zadowolone. No i takimi prostymi zdarzeniami buduje się więź z psami ludźmi ze środowiskiem. O wszystko to warto dbać nie zastanawiając się co jest najważniejsze.

Z naszego wypadu powstało sporo zdjęć lada moment się pojawią.

10:18, r.drozda
Link Dodaj komentarz »