statystyka
Będzie o mnie i moim zmaganiu się z sobą samym. O psach i mojej wielkiej do nich miłości i wdzięczności za pomoc na każdym zakręcie.
RSS
poniedziałek, 29 grudnia 2008

Dawno niczego na blogu nie pisałem. Zrobiłem to z premedytacją. Pisanie jest dla mnie rzeczą wielką i wielką przyjemnością. W tzw. międzyczasie napisałem dwa opowiadania i odpowiedziałem na nieskończoną ilość maili. Poza pisaniem były różne obowiązki związane z prowadzeniem spotkań z właścicielami, którzy chcą szkolić psy wykorzystując moją wiedzę. Był też wyjazd do Lublińca na szkolenie „Doskonalenia warsztatu trenerskiego” organizowanego przez Szkołę „Wesoła Łapka” Jacka Gałuszki. Nawet miałem tam swoje wystąpienie i to wcale nie związane z psami, tylko z komunikacją interpersonalną. Były też trzy moje interwencje i konsultacje z policją w sprawie pogryzień przez psy. To oddzielny temat ale nikomu nie życzę uczestnictwa w byciu ekspertem opiniującym takie przypadki. Była uciążliwa cieczka Bianki. Były też święta. Gotowanie pasztetu z królika. Było też zadbanie o moich mocno starzejących się rodziców. Radzenie sobie z niepokojami mojej mamy. Była też niezwykle miła wizyta mojej siostry i jej męża. Była wigilia u brata Kasi, była wigilia u moich rodziców. Barszcz z uszkami mieszał się z pierogami, świerzymi ostrygami przywiezionymi przez Stefana tudzież z piękną langustą, nazwaną „krewetką teściowej”. Wielkie obżarstwo, ale do strawienia przy obecności naprawdę miłej atmosfery bliskich sobie ludzi. Miła i spokojna wigilia, nawet dwie. Bardzo mnie poruszyła modlitwa przed biesiadą, którą zainicjował Jacek brat Kasi. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. To bardzo, i tu nie wiem co napisać? Dobry czy szlachetny zwyczaj? Na pewno bardzo wigilijny. Święta upłynęły na leniwym śledzeniu przemijającego czasu i spotkaniach z przyjaznymi ludźmi. Tak jak spotkanie u Jacka i Ani. Bardzo podziwiam ich za ich otwarty dom w drugi dzień świąt. Nawet chyba nie wiedzą ile tkwi w tym przyjemności dla osób ich odwiedzających. Wielki ukłon dla całej ich rodziny, zwariowanych i mocno stojących na ziemi Ottffinów. Kocham Was moi drodzy tak samo mocno jak wielką kontrowersję wzbudza spotkanie z Nelsy. Jesteście świątecznie Wielcy. Było mi niezwykle miło uczestniczyć we wszystkich świątecznych spotkaniach, chciałbym żeby było tak co roku.

Chciałbym wreszcie potrafić dogadać się ze swoimi synami. Bolał mnie ich brak w te święta. To że nie doszło do spotkania, to moja wina, wina świata. Wina lub głupota wszystkich. Tak się stało i mam nadzieję, że to się nie powtórzy.

Wielkie podziękowania dla Wszystkich, którzy obdarzyli mnie swoją serdecznością w spotkaniach, myślach i dzieleniu się emocjami, tymi świątecznymi i noworocznymi. 

Robert

 
23:37, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 grudnia 2008
Dostałem wreszcie sygnał od Holendrów. Dojechali ale oczywiście nie bez problemów. Na jakimś kawałku autostrady pod Berlinem urwało im się coś w zawieszeniu i mieli spędzić cały dzień w jakimś warsztacie. Jak to Holendrzy, praktyczni ludzie. Zamiast siedzieć i wpatrywać się w pracę mechanika, znaleźli szpital w pobliżu. Zabajerowali właścicieli kliniki, zrobili pokaz i zajęcia ze swoimi psami na oddziale dziecięcym. Dyrektor szpitala na koniec wystawił im czek pokrywający całość kosztów naprawy ich grata. Trzeba naprawdę mieć w sobie dużo siły, żeby zdobyć się na taką akcję. Ja bym nie potrafił. Może potrzebny jest do tego inny kraj, z inną, subtelniejszą i bezinteresowną wrażliwością napotykanych ludzi. Holendrzy to jednak starzy wyjadacze, wiedzą jak to robić. Ważne, że niczego nie udają to po prostu ich etatowa, rzetelnie wypełniana praca. Pisząc bloga, mam wrażenie, że to też jakiś fragment mojego etatu. Może fragment etatowego życia, o którym opowiadam tak w eter i dostaję odpowiedzi od konkretnych osób. Wczoraj spędziłem niezwykle miłe popołudnie z Labkiem Yuki i Goldenem Bąblem. O Bąblulu i Yuki już kiedyś pisałem. Nie pisałem o ich przewodnikach. Bąbel, Beata to nadzwyczajnie zbudowana para. Tu nie chodzi o relację szkoleniową, choć Bąbel potrafi być nienaganny, to potrafi być naganny. W relacji ze swoją Panią jest nienaganny. Znam tylko dwa takie psy i dwoje przewodników gdzie bez wymagań psy bez uzależnienia potrafią być obok swojego przewodnika. Sory, trzy ale o trzecim mogę opowiedzieć tylko wtajemniczonym i będzie to w poprzek wszelkim wyobrażeniom ludzi szkolących psy. Dlatego jest to informacja tylko dla wtajemniczonych. Jakże przyjemnie było mi zobaczyć Yuki i jej przewodników. Jakże miło jest słyszeć, że czerpią przyjemność z relacji z psem. Właśnie o to chodzi. Troszkę poćwiczyłem z Yuki zupełnie coś innego i w zupełnie innym stylu. No i ta bestiola pięknie to załapała. Wystarczyło 15 minut i Yuki nauczyła się kolejnego zadania. Nawet jeśli o tym nie pamięta dzisiaj, to jutro będzie wiedziała co z tym zrobić. Tak to jest z psami, którym poświęca się trochę, choć o ciubinkę uwagi. Beata i Bąbel (Paweł jest nadzwyczajnie akceptującym facetem) to profesjonaliści. Marcin, Ania i Yuki to amatorzy. Obydwie pary są „pokazowymi egzemplarzami”, jak zajmować się swoim psem. Bardzo, bardzo, Wam dziękuję za wizytę, za nietłukącą się bąbkę i za to, że przyjechaliście. To był bardzo miły weekend.Znowu nie zrobiłem zdjęć. Jakoś nie potrafię podzielić uwagi między psami i obsługą aparatu fotograficznego. Kątem oka widziałem, że Paweł coś zrobił. Może nadrobię zalegóści. Tym czasem kilka zdjęć moich śpiących Goldenek.

Reszta potem, bo jednak blox działa beznadziejnie i znowu powstaje pytanie, cz warto tu pisać?

22:34, r.drozda
Link Komentarze (1) »
wtorek, 02 grudnia 2008
Wczorajszy dzień nie był łatwy, choć bardzo przyjemny i bogaty. Wczoraj spędziłem z Bianką sporo czasu na tzw. mieście. Zostaliśmy zaproszenia na zajęcia w SGGW. Trochę wydało mi się to dziwne, że musiałem studentom 4 roku opowiadać „z czego składa się pies”. Spotkania, jeszcze trzy, będą dotyczyć głównie mechanizmów zachowań. Jednak przy moich dociekliwych pytaniach okazało się, że przyszli zootechnicy nie mają pojęcia o anatomii. Zatem ¾ pierwszego spotkania, to wykład nt. „z czego składa się pies?”. Nie byłem do takiego występu przygotowany, a jednak potrafiłem wysupłać z siebie prawie godzinną relację. Niestety wiedza uczestników seminarium magisterskiego ograniczała się do znajomości przepięknego wierszyka LJ Kerna. Już od dawna, od zarania,Poprzez wszystkie wieki,Ciągną się popiskiwania,Skomlenia i szczeki.Idą pełne animuszu,Wspólną z nami drogą,Cztery łapy,Para uszu,Oczy,NosI ogon.” 

To bardzo urocze, ale nieprofesjonalne. Studenci obiecali mi, dokształcić się do przyszłego tygodnia. Zresztą zagroziłem im, że nie przyjdę jeśli czegoś więcej nie poczytają. Waldek opiekun seminarium był załamany po naszej wizycie: „Nie wiedziałem, że to o czym mówiłeś, można nie wiedzieć”. Jak widać można. Nie można tego nie wiedzieć chcąc być profesjonalnym, behawiorystą, trenerem czy tylko, lub aż zawodowym opiekunem zwierząt. Wiedza, nawet ta profesjonalna, leży na bruku wystarczy się schylić, poszperać i poczytać.

Lawirując wśród zakamarków własnej wiedzy zapomniałem trochę o Biance. Bianka przez godzinę zalegała w moich nogach mając sobie za nic całą sytuację. W końcu wstała i zaczęła przechadzać się wśród seminarzystów. Zjadła im wszystkie kanapki, i paczkę krakersów. Po tym obfitym posiłku miała jeszcze siłę żeby pokazać jak potrafi pracować. Poprosiłem studentów żeby wymyślili dla niej zadanie. Miała podać kredę leżącą na małej półce pod tablicą i przynieść mi gdy stałem w drugim końcu sali. Rozumiem, że to zadanie było wrednie złośliwe i odpowiedzią na moje złośliwe uwagi dotyczące braków wiedzy z zakresu anatomii. Jednak po 15 minutach ćwiczenia, Bianka podeszła do tablicy, oparła się przednimi łapami o ścianę wzięła w pysk kredę, przedefilowała kilka metrów i wsadziła mi w rękę trochę oplutą kredę. Jak to zrobiliśmy? Po prostu wykorzystaliśmy wszystko to co potrafimy będąc razem. Może jeszcze kiedyś o tym napiszę. Myślę, że to nie jest kwestia, w której należy zapytać się: jak? Łatwiej było będzie mi odpowiedzieć: „Dlaczego?”. Ale to temat na oddzielny wpis. Jedna jeszcze uwaga, moje psy są żebrakami i głodomorami. Są jednak dwa magiczne słowa, które potrafią to przerwać. Nikomu nie powiem jakie to słowa.Przez cały dzień jeździłem z Bianką autobusami, metrem, tramwajami, zachowywała się nienagannie. Im większy był tłok tym lepiej dawała sobie radę. Najgorzej było wieczorem w metrze, jakoś nie potrafiła sobie znaleźć miejsca.Po zajęciach było jeszcze ponad godzinne spotkanie z moimi kolegami w pubie Bianka zniosła to z pokorą. Dostała nawet od kelnerki Ani, całego kebaba. Zjadała go małymi kąskami ku uciesze gości i obsługi pubu.W końcu dotarliśmy do mojej kochanej Kasi. Bianka gdy usłyszała Jej zawołanie pobiegła schodami do góry. Gdy wychodziliśmy, czarne paski na marmurowych schodach stały się problemem. Jakoś zeszliśmy. Potem była wizyta w domu u Kasi. Bianka wreszcie odpoczęła. Nie jest to jednak pies, bytowo przyzwyczajony do warunków miejskich. Z przerażeniem myślę co by było gdybyśmy musieli zamieszkać w tzw. bloku. Każdy szmer to jej niepokój. Mieszkamy jednak w bardziej przewidywalnym środowisku. Bianka naszczekała na mamę Kasi. Zołza z niej potworna. Potem jednak zrobiła przed nią grzeczny ukłon. Wróciliśmy późno do domu. Bianka pięknie zachowywała się chodząc po mieście. Najpiękniej zachowuje się chodząc wśród wielkiego tłumu gdy co chwila spogląda na mnie i pyta się co dalej?  
11:19, r.drozda
Link Dodaj komentarz »