statystyka
Będzie o mnie i moim zmaganiu się z sobą samym. O psach i mojej wielkiej do nich miłości i wdzięczności za pomoc na każdym zakręcie.
RSS
niedziela, 30 listopada 2008
Kiedyś napisałem, że blog jest dla mnie środkiem do uzewnętrzniania własnych przemyśleń, doświadczeń, własnych zakrętów. Jest relacją zdarzeń dziejących się wokół mnie. Blog nie jest dla mnie platformą komunikacji, chyba że mam do zakomunikowania jakieś ogłoszenie. Na pewno mój blog nie będzie forum do operowania polemikami między osobami czytającymi moje wpisy. Kiedyś napisałem, żebyście nie pisali komentarzy tylko bezpośrednio odzywali się do mnie. Bardzo wiele osób potraktowało to dosłownie i dostaję w związku z tym sporo korespondencji. Mam wrażenie, że odpowiedziałem na każdego odebranego maila. Piszę na blogu o różnych rzeczach nie tylko związanymi z psami. Podobno czasami jestem kontrowersyjny, czasami nieznośny. Trudno taki jestem. Nikt nie będzie sprawował cenzury nad tym co piszę. Na pewno, nikt nie będzie tego waloryzował. Mój blog nie jest miejscem do spotykania się publicznych polemik. Jest miejscem gdzie można przeczytać coś o mnie i o tym co myślę. Jeśli już komuś przyjdzie do głowy wpisać jakiś komentarz to bardzo proszę, żeby była to wypowiedź skierowana wprost do mnie. Najlepiej zaczynająca się od słów: „Robert, nie zgadzam się …lub Robert zgadzam się…. Itp. Mój blog jest upubliczniony, co nie znaczy, że jest publiczny. Dyskusje lub polemiki proponuję przenieść na któreś z publicznych forum. Jest ich w Internecie bez liku. Tam jest miejsce do uzewnętrzniania przemyśleń stojących, obok tego co ja napisałem. Chcąc być wiernym swoim zasadom związanymi z przyjemnością posiadania bloga usunąłem z niego kilka komentarzy dotyczących moich ostatnich wpisów. Zwracajcie się na blogu bezpośrednio do mnie, lub jeśli irytują Was moje wpisy, to mam propozycję: NIE CZYTAJCIE MOJEGO BLOGA.
14:06, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 listopada 2008
No i jak zwykle to bywa. Nic nie może układać się dobrze. Zaraz po powrocie domu okazało się, że głupio poległy moje sprawy osobiste. Kasiu publicznie przepraszam za coś głupiego czego nie dostrzegłem lub nie zrobiłem. „Przepraszam, Cię za wszystko….. nawet za to co się w ogóle nie działo” Kocham Cię bardzo, bądź ze mną, bardzo tego pragnę i więcej nic nie wymyślę. Kocham Cię, bądź moim promykiem za którym podążam.
17:41, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
Właśnie skończyła się wizyta Elke i Jonna Kleibert’ów pary przeuroczych ludzi. Niestety przyjechali do mnie bez psów. Trzy Goldeny zostały pod opieką trzeciego trenera Hansa, poszli na jakiś długi spacer przed powrotem do domu. Mają daleko bo mieszkają w Amsterdamie. Holendrzy przyjechali do Polski z tzw. „kagańcem oświaty”. Są pracownikami socjalnymi holenderskiego systemu ubezpieczeń, taki nasz NFZ. Byli przez dwa dni w Międzylesiu w CZD i w Otwocku w domu dziecka. Na co dzień szkolą psy i pracują z nimi wśród ludzi. Głównie wśród dzieci chorych na nowotwory lub inne przerażające choroby. Trochę to takie hospicjum. Tyle że podobno w Holandii instytucja hospicjum prawie nie istnieje, bo wszystko co zapewnia hospicjum odbywa się w domu przy udziale opieki społecznej. Oni właśnie w tym uczestniczą. Pracują z psami 3-4 godz dziennie. Jak na moje oko to bardzo dużo, ale w końcu mogę nie mieć racji bo nie widziałem jak to robią. Wysłuchałem tylko relacji. Raz do roku jeżdżą po świecie no i trafili tym razem do Polski. Zupełnie bez przygotowania choć udało im się zatrzymać na dwa dni w CZD. Znają mnie i się odezwali choć do tej pory wymienialiśmy się tylko mailami. Zresztą mieszkam przystanek od Międzylesia zatem niestosownością było by się nie spotkać. Mam masę skrajnych odczuć po spotkaniu z nimi. Wszystkie dotyczą polskich realiów i ciągle zadawanego sobie pytania czy warto to robić? Bardzo było ciekawe to spotkanie. Budujące merytorycznie, dołujące na poziomie rozumienia problemu jako przedsięwzięcie organizacyjne realizowane w Polsce. To było wczoraj. Dzisiaj spotkałem się z całą trójką opiekunów i trzema pięknymi Goldenami. Dołączyły do tego grona Bianka i Berta. Pięć Goldenów to nadmiar szczęścia. W tym wszystkim zapomniałem kompletnie, że w kieszeni mam aparat. Stary i głupi, nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Na szczęście Hans filmował i fotografował ich i nasze spotkanie. Obiecali, że po powrocie prześlą mi zdjęcia. Bardzo mnie zapraszali na przyjazd do Holandii, może w końcu złamię niechęć do podróżowania. I tak czekają na mnie jeszcze dwa wyjazdy, do Londynu i Dijon, może zahaczę o Amsterdam. Odbyliśmy bardzo miły psi spacer. W pewnym momencie zorientowałem się, że więcej mówię po angielsku, choć to język w którym tylko czytam. Trójka Holendrów jakby zapomniała, że mówię tylko po francusku i jakoś poleciało. Było to bardzo miłe przedpołudniowe spotkanie. Elke, Jon i Hans wsiedli w swojego drżącego VW transportera i pojechali do domu. Mam nadzieję, że tym gratem gdzieś dojadą. Obiecali dać sygnał gdy będą na miejscu.   
17:17, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 listopada 2008
Dzisiaj naszła mnie taka refleksja. Czy można w Polsce wyszkolić psa asystującego osobom niepełnosprawnym. Można tyle, że trzeba mieć do tego ekipę bardzo zwariowanych wolontariuszy. Wolontariuszy, którzy bez wynagrodzenia i uznania własnej pracy poświęcą swój czas, czasami relacje rodzinne, czasami własne ambicje. Właśnie wróciłem ze spotkania z moimi znajomymi Holendrami, którzy szkolą właśnie psy asystujące. Rozmawiałem z nimi raptem godzine, jutro mamy zaplanowane dłuższe spotkanie. Byłem przed wizytą u dentysty i strasznie mnie napie…… ukruszony ząb. Jedno co zapamiętałem, każdy z nich ma wsparcie merytoryczne, wszyscy są po szkoleniach z zakresu wiedzy o wolontariacie, kierunkowym szkoleniu dotyczącym opieki psychologicznej, potrzebnej niepełnosprawnym. Każdy z nich przeszedł bardzo specjalistyczne szkolenie z zakresu pozytywnego szkolenia psów. Psy, które dostają są mocno wyselekcjonowanymi osobnikami pochodzącymi z wybranych hodowli. No i ważne wszystko to finansuje taki holenderski NFZ. Trenerzy pracujący z psami są zatrudniani na etacie i zarabiają średnio 1600 euro. Wszystkie dodatkowe wydatki typu: karma dla psa, opieka weterynaryjna, przejazdy lub benzyna, to oddzielny fundusz. No i na koniec pytanie: ile kosztuje w Holandii wyszkolenie psa asystującego? 64 000 euro. Kogo stać na taki wydatek? Bogate kraje, które inwestują w ludzi, lub bogatych ludzi, którzy inwestują w swój kraj. Jestem pełen uznania dla organizacji szkolących psy asystujące w Polsce. Tylko pokażcie ile takich psów jest? Takich, które pracują. Może jest ich z tuzin, a szumu medialnego jest wokół tego tyle jakby to był powszechny ruch społeczny. Kompletnie nie mam w sobie wiary w szkolenie psów asystujących przez organizacje społeczne. To mit, który umiera, lub umarł. Bez kasy rzędu 160 tyś PLN w Polsce odpowiedzialnie nie da się wyszkolić psa asystującego. Tu nie chodzi o koszty związane z utrzymaniem i zakupem odpowiedniego psa, te koszty to ok. 35-40 tyś PLN reszta to dwuletnie wynagrodzenie dla kogoś kto odpowiedzialnie zajmie się takim szkoleniem, plus promocja zdarzenia. Bez wynagrodzenia rzędu 3,5-4 tyś PLN nie ma sensu myśleć o szkoleniu psów asystujących, to nie wychodzi. W bogatych krajach dba się o osoby niepełnosprawne bo istnieje tam nadwyżka budżetowa. 64 tyś euro w perspektywie 8-10 lat pracy z psem zwraca się z nawiązką w stosunku do kosztów poniesionych na opiekę wykwalifikowanych opiekunów. To raptem ich 2-3 letnie wynagrodzenie. W Polsce, nawet dziesięcioletnia gaża dla wykwalifikowanej opiekunki społecznej będzie tańsza niż wyszkolenie psa asystującego. Zatem pozbawmy się złudzeń. W Polsce w dzisiejszych realiach nie ma to żadnego sensu ekonomicznego. Jest to bardzo społecznie akceptowalna działalność tyle tylko, że akceptowana i wysysająca, nie dająca nic w zamian. Znajomi Holendrzy zaproponowali mi szkolenie psa. Bardzo chętnie bym dorobił 1600 euro, tyle że nie o to mi chodzi. Może robię głupio na pewno odpowiedzialnie. Kiedyś pewnie do nich trafię. Ale na pewno nie będę już trenerem psów asystujących. W Polsce to nie ma najmniejszego sensu, dla mnie. Tylko chyba dla mnie.
21:14, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 listopada 2008
Wafel, WAFEL nie KAFEL spróbuję to zapamiętać. Jako stary dyslektyk  pewno nie zapamiętam. Ważne że wiadomo o kogo chodzi. Chodzi o Wafla, nie o Kafla, choć to też ładne imię dla psa takiego jak Wafel.
23:19, r.drozda
Link Dodaj komentarz »

Ostatni weekend spędziłem w Lublińcu. Nie wiem co to za miasto bo przyjechałem tam w nocy i wieczorem wyjechałem. Miejsce jest jednak bardzo przyjazne. Pojechałem tam na zaproszenie Jacka Gałuszki. Ze swoim wykładem nt. „Motywacja w aspekcie motywowania ludzi do pracy z psami”. Zanim jednak cokolwiek się stało, nagle wyszło tak, że pokazałem na czym polega psi masaż. Najpierw wymasowałem amstafkę, która zaległa potem w objęciach swojej pani. Potem już bardziej metodycznie wlazł w moje łapy przeuroczy Owczarek Wafel. Wcale tego nie planowałem. Psy też się tego nie spodziewały. Jednak chyba były zadowolone. Taka moja psia umiejętność.

Jacek nagrał filmik z mojego i Owczarka wystąpienia. Chyba warto to obejrzeć!

 

http://video.google.pl/videoplay?docid=-2343978908406538994&hl=pl

 

Obejrzałem sobie filmik z  mojego pokazu psiego masowania. Biedny Kafel musiał wytrzymać moje gadanie i masowanie. Jakoś musiałem Wam to pokazać a Kafel wcale nie musiał chcieć tego wytrzymać. Wytrzymał był bardzo dzielny. Następnym razem ma u mnie kupon na prawdziwy 45 minutowy masaż bez konieczności bycia demo dogiem. Krzywda mu się nie stała, ale nie był tak do końca tym zachwycony. Cóż taka dola demo doga. Najzabawniejsza była reakcja moich Goldenek. Złapałem się na tym, że jak mówię o psim masażu zmienia mi się tembr głosu. Mówię inaczej spokojniej i delikatniej niż gdy rozmawiam na inny dowolny temat. W trakcie ściągania filmu moje Goldenki siedziały przed komputerem, mruczały i stękały. Dostały rozdwojenia jaźni, bo słyszały mnie z gadającej skrzynki a ja jednocześnie byłem w kuchni i coś tam pichciłem. Bianka nawet zaczęła szczekać na komputer. Berta chodziła między pokojem i kuchnią wielce zaniepokojona. No i skończyło się to godziną masażu dwóch moich psiaków. Obiad mi się przypalił a królowa i księżniczka zasnęły na dwie godziny. Po prostu rozjechały im się łapy z rozkoszy. One skubane wiedzą co to masaż i znają jego konsekwencje. Ja też to lubię, bo uwielbiam moje dwa liniejące kudłacze.

19:57, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 listopada 2008

Wczoraj był bardzo patriotyczny dzień. 11 listopada. Piękny i słoneczny podobno taki jakim był dziewięćdziesiąt lat temu. Dzień wcześniej postanowiłem, że zamiast chodzić po lesie z psami, może pójdziemy na spacer w tzw. miasto bez psów. No i wybraliśmy się z Kasią na spacer Traktem Królewskim. Miałem nadzieję na spokojny sentymentalny spacer. Tym czasem, najpierw był korek, potem niewyobrażalny tłum ludzi spacerujących Traktem. Chyba po prostu Warszawiakom zachciało się zamanifestować swoją wolę niezależności i naprawdę patriotyczność gestów. Ja nigdy wcześniej nie widziałem w Warszawie takiego tłumu zgromadzonego nieobowiązkowo z okazji jakiegoś święta. Praktycznie pusta ulica bez jarmarcznych kramów i chyba setki tysiące ludzi po prostu spacerujących. Co i kto potrafi w jednym miejscu zgromadzić tyle ludzi? Nikt, ale na pewno coś. Rocznice są tu bardzo ważne, kocham to miasto właśnie za to. Bo Warszawa jest nieprzewidywalna. Wszystko tu pomieszane, ale dosłowne do bólu. Pamięć zdarzeń wyryta jest tu na każdym kroku. Stąpając, stąpamy po czyimś cierpieniu. Czy my warszawiacy o tym wiemy? Wiemy tylko gdyby o tym pamiętać na każdym kroku, można by było zwariować. Wczoraj wszyscy pamiętali, dzisiaj nikt o tym nie myśli. Warszawa jest bardzo patriotyczna, jest zwariowana i idiotyczna jak wiecznie zielona palma na rondzie Gen. DeGaulla. Kocham to miasto.

21:43, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 listopada 2008
Wreszcie pokrętnymi ścieżkami dotarłem do Tango. Jest super, tak jak zwykle. Trochę za bardzo mu zwisa brzuch, no cóż inna dieta. Tango ma swoją nową Pańcię zakochaną w nim, i to bardzo dobrze. Z relacji na forum widzę, że trafił bezbłędnie w potrzeby swojej nowej przewodniczki. Jeszcze nie wiem czy Tango trafił w spełnienie swoich potrzeb. To okaże się z mijającym czasem. Tango mógł zostać psem asystującym. Warunek jeden, powinien skończyć szkolenie ze mną, a potem powinna nastąpić procedura przekazania. Ani jedno, ani drugie się nie spełniło. Dlaczego? Bo ludzka głupota nie zna granic. Mam żal do Pomocnej Łapy, że bez przekazania merytorycznego, Tango jednego dnia zniknął. Że moje siedem miesięcy pracy poszło z rozwianym dymem. Że trafił do nieodpowiedzialnego i niewyedukowanego trenera, który nie potrafił z nim popracować. Potencjał psa, jego umiejętności zostały zmarnowane. Tango będzie super psem rodzinnym, chyba że znowu ktoś coś w nim schrzani. Mam nadzieję, że nie. Wystarczyło droga fundacjo czasami się ze mną skonsultować. Tango z tego co widzę i czytam wreszcie ma spokój. Ja też, bo wiem co się z nim dzieje. Podobnie jak z Alturką, mogę spokojnie zasnąć myśląc tylko o tym, że psiakom dobrze się dzieje. 
16:06, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 listopada 2008
Piszę z opóźnieniem. Najpierw była refleksja potem treść. 1 listopada, tak jak większość z nas pojechałem na cmentarz gdzie pochowani są bliscy. Dziwny był to dzień. Pierwszy raz pojechałem w tym dniu do Józefowa z moimi rodzicami, ciotką i kuzynką. Zawsze rytualnie jeździłem na cmentarz późnym wieczorem gdy jest ciemno, prawie nikogo nie ma i widać tylko tysiące migających zniczy. Tym razem byłem w południe. Setki ludzi stojących przy grobach i spacerujących wśród nich. Cmentarz w Józefowie jest niewielki, ma jednak swoją wielką leśną urodę. To piękne miejsce, samo w sobie wyraża szacunek wobec wszystkich tam pochowanych. Kiedyś będę jeździł tam z innego powodu, kiedyś ktoś będzie odwiedzał to miejsce jeszcze z innego powodu. Taka jest zwykła kolejność rzeczy. Odwiedziłem groby moich dziadków. Zawsze myślę o nich z uśmiechem. Każdy z czworga tej „bandy” był nieźle zakręcony. Pewnie coś po nich odziedziczyłem. Były groby zwariowanych ale kochanych ciotek, i wuja chyba największego talentu w naszej rodzinie. Był też grób najsmutniejszy, syna moich znajomych, zmarłego niesprawiedliwie i przedwcześnie. Zapaliłem wszędzie znicze. Wróciłem do domu i jeszcze zapaliłem w oknie jeden znicz dla wszystkich których grobów nie odwiedziłem. Na cmentarzu zdarzyła się też rzecz jak na mnie niezwykła. W małej kapliczce była odprawiana msza. Pierwszy raz od trzydziestu kilku lat wziąłem świadomie udział w całej mszy. Ku mojemu zdziwieniu pamiętałem całą liturgię i treść modlitw. Może tego się nie zapomina. No i tak zrobiłem sobie dużą przyjemność, tak to było przyjemne i ważne. Może dlatego, że spotkałem się ukochanymi dziadkami? Nie brakuje mi ich na co dzień, bo pielęgnuję w pamięci i pisanych treściach wszystko co mi się z nimi przytrafiło. Piotrze, Taniu, Cześku, Zuzio, Krysiu, Tolo, Teklo: jak by to nie było spotkaliśmy się wczoraj. 
03:44, r.drozda
Link Dodaj komentarz »