statystyka
Będzie o mnie i moim zmaganiu się z sobą samym. O psach i mojej wielkiej do nich miłości i wdzięczności za pomoc na każdym zakręcie.
RSS
piątek, 29 lutego 2008
Aneks i nie tylko Trochę mi się zrobiło sentymentalnie. Odnalazłem w swoich zasobach jakieś dwie zapomniane płyty Jacquesa Brela. Francuski był jedynym językiem, którego uczyłem się z głową, był też czas kiedy zupełnie przyzwoicie się nim posługiwałem. Teraz wypadłem z obiegu ale pewno jak będą sprzyjające warunki to się rozpędzę. Jak teraz słucham współczesnego francuskiego to muszę się dobrze skupić żeby coś zrozumieć. Tym czasem jakie miłe zaskoczenie, słucham Brela i rozumiem każde słowo. Ale to taki francuski jakiego właśnie ja się uczyłem. Uczta dla mnie to niezwykła, bo to co śpiewał to poezja a „Ne me quitte pas” to coś przy czym mięknę. Zawsze pamiętam taki cytat z tego kawałka: „Ofiarowałem Ci krople deszczu z kraju w którym nigdy nie pada”. Wbrew pozorom piszę o tym nie bez kontekstu psiego. Przyjemnie jest być w Świecie gdzie wszystkie komunikaty są jasne i zrozumiałe. Jakże miło jest słuchać kogoś, kto przejrzyście do ciebie mówi. Jak dobrze jest rozumieć znaczenie gestów i słów. Dobrze jest się wzajemnie rozumieć. Wczoraj na spacerze z Tango weszliśmy w nowe ćwiczenie. Uczymy się chodzenia przy lewej mojej nodze. Zresztą już to opisywałem. Zaczęliśmy też ćwiczyć dostawianie się do nogi. No i wczoraj się dogadaliśmy. Idę z Tango, on przy lewej nodze, ale jak to szczeniak czasami się zapomina przechodzi na prawą stronę. Staję, Tango patrzy się na mnie i nagle dostawia się do lewej. Idziemy dalej, znowu przechodzi na prawą, ja staję on się dostawia do lewej i idziemy. Drugi dzień to trenujemy i wychodzi. Zaczyna kapować, żeby iść dalej musi być przy lewej. Nie nagradzam go za dostawienie się do lewej w trakcie przerwy w marszu. Tu nagrodą jest możliwość pójścia dalej. Nagrody dostaje w sposób nieregularny gdy grzecznie posuwa przy mojej lewej. Mamy takie ze sobą rozmowy, rozumiemy się nic do siebie nie mówiąc. Zabawne jak dwa ćwiczenia nagle znalazły połączenie. Konsekwencja, regularność i powtarzalność zachowań jest właśnie taką czytelną komunikacją pies – przewodnik. Wszystkim to serdecznie polecam. No i tak od Brela do Tango. Nie wiem czy Brel śpiewał o Tango, ale jest jego niezwykła piosenka chyba „Walc na trzy pas”. 
15:34, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 lutego 2008
Środa była nudna, tzn nie było fajerwerków. Normalna praca i normalna praca z psem. Minął już miesiąc odkąd Tango jest ze mną. Nie chcę robić żadnych podsumowań bo bym się powtarzał. Po prostu bacznie z nim pracuję nad kwestiami obyczajowymi. Atrakcji też dostarczam. Od kilku dni robię mu tzw. tory przeszkód. Wyrzucam go na chwilę na podwórko i rozkładam żarcie po całym domu w różnych miejscach. Po jednej chrupce na każdym stopniu schodów, trochę pod szafą, trochę na krześle, pod szafką itd. Sylwia słusznie podpowiedziała, żeby jak zaczyna odnajdywać jedzenie podłożyć hasło szukaj. Tak naprawdę jest to wstęp do pracy węchowej. Zajmuje to chłopakowi zazwyczaj jakieś 15 minut. Jak już wszystko zeżre to następne 15 minut kilka razy przelatuje całą trasę sprawdzając czy aby coś nie zostało. No i w taki sposób zjedzenie 1/3 dziennej porcji zajmuje mu 30 minut. Z miski zjadłby to w minutę i jeszcze utył, a tak to się nie nudzi i ma idealną sylwetkę, NIE JEST ZA CHUDY. Wczoraj jedna z moich Goldenek zjadła mi buta. Zdarzyło się to drugi raz w ich życiu, ale jest to sygnał dla mnie, czy abym nie przesadził w zajmowaniu się Tango i pozostawieniu moich pieszczotek sobie samym. Jutro zacznę pracować z Bianką. Przynajmniej 30 minut dziennie, trzeba ją trochę odkurzyć. Tango bardzo się zmienia w relacjach z otoczeniem, jak tylko dostanie taką okazję to wszystko czego zazna budzi jego penetrującą chęć poznania. Jest jednak ostrożny i nie leci z ufnością do wszystkiego. Cieszy mnie, że bardzo poprawnie podchodzi do innych psów. Csuje jak tylko potrafi i inne psy to doceniają. Trochę się obawiałem, że przy moich Goldenkach, które dają mu wchodzić sobie na głowę zapomni o dobrych manierach. Jednak od dwóch dni uważniej przyglądam się ich relacjom i to nie tak. Jest czas wyraźnej zabawy najczęściej między 10 a 13 i wtedy Tango potrafi chodzić z ogonem goldenki w pysku i depilować jej uszy. Jest też czas nauki kiedy obydwie panie uczą gnojka jak się powinien zachowywać. Wszystkie proporcje zachowane, jak mówią Francuzi ale po francusku. Tango urósł, musiałem poluzować szelki i nie mieści się do torby Kingsleya. Zresztą już nie ma potrzeby żeby go w niej nosić. Ma cztery łapki to niech zasuwa na nich.  
17:40, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 lutego 2008

W trakcie publikacji tego fragmentu 4 razy wyłączno u mnie prąd. Niektórzy mogli zobaczyć jakoś dziwnie zredagowany tekst 

Aneks

No i nazbierało się zaległości. Świat nie kończy się i kończy na psach. A może tak, a może nie. Jest jeszcze własne życie, nawet to intymne. Ale są też mokre nosy ocierające się o ręce i spodnie, wszędzie zostawiające ślady języki. Cielęce oczy patrzące na Ciebie tylko po to żeby powiedzieć, halooo! to ja. No i nie da się od tego uciec nawet na kilka dni, ba na godzinę, chwilę, sekundę. Nawet jak ci to przeszkadza to robisz wszystko, żeby ci nie przeszkadzało. Może życie byłoby łatwiejsze bez tych bestii. Może nie? Może by było mniej obowiązków, może nie? Jednym z mechanizmów dobrze opisanym w psychologii jest racjonalizacja. Jak coś nie wychodzi, jak wszystkie przesłanki pokazują, że nie mamy racji, jak wszystko dookoła mówi nie rób tego. Jak nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia dla tego co się robi, to włączamy mechanizm racjonalizacji. Ludzie tak mają, że jak czegoś bardzo chcą, to mimo wszelkich przeciwności i tak znajdą jakieś powody żeby to coś się zadziało. Racjonalizując wyszukujemy zazwyczaj wyciągnięte z dziury w niebie argumenty, które uzasadniają nasze brnięcie w problem. Jeśli jest to dla nas szkodliwe i groźne, to takie racjonalizowanie jest zwykłą, niedojrzałą głupotą lub chorobą. Jeśli racjonalizujemy żeby uciec od tzw. poprawnych argumentów społecznych ograniczających naszą swobodę podejmowania decyzji to zupełnie coś innego. Nie potrafię często wyjaśnić po jaką cholerę tyle czasu poświęcam na zajmowanie się psami. Mam taką potrzebę, bo wypełnia to jakąś moją lukę potrzeb emocjonalnych, których nic innego nie potrafi wypełnić. Zatem wypełniają ją psy. Przy tym wszystkim, mam wrażenie, że jestem normalny. Ciąg dalszy z mojej przygody,

Co z Tango? Sobota była podobna do poprzednich dni. Spacer trochę ćwiczeń. Wszystko podobnie. Podobnie i nie. Chyba jednak uznam, że gdzieś w środę zamknie się tzw. okno socjalizacyjne. Tango w sobotę już nie był tylko bezwzględnie podążającym za mną labkiem. Ważne stały się różne inne rzeczy i różnych rzeczy zaczął się wyraźnie bać, lub czuć przed tym respekt. Jednak pilnuje się mnie a jak coś nagle wskakuje do jego świadomości to już jest przy mnie. Jest przy mnie bo tu czuje się bezpiecznie, jednak w takich sytuacjach, ani nie szarpię smyczą, ani go nie przytulam. Tango znajduje przy mnie chwilę wytchnienia i dalej penetruje otaczający go świat.  

W niedzielę przed południem niczego nie robiliśmy. Codzienne wypuszczanie psów do ogródka. Oczywiście pod moim nadzorem. Przywołanie na gwizdek tak z dziesięć razy. No tak, ku... nic nie robiliśmy? Robiliśmy! Gwizdek. Potem krzątałem się po kuchni i trzy psy asystowały mi w robieniu sałatek na przyjęcie imieninowe mojego ojca. Każdemu coś się dostało ale nigdy za darmo. Jakieś okrawki, ale za siad albo za skupienie uwagi. Też nic nie robiliśmy, prawda. No i tak minęło pół dnia. Potem zalegliśmy w odpoczynku. Tak ok. 14.00 zaczęło się biesiadowanie u moich rodziców. Pierwsze dwie godziny psy zostały same, Tango w klatce. Ok. 16 wziąłem Tango i poszliśmy na imprezę. Tu nagle pełne zaskoczenie. Jak wszedłem z Tango, moja mama z pełną powagą sytuacji odezwała się w te słowa „Słuchajcie to jest pies w trakcie szkolenia, nie wolno go karmić ani głaskać, jak ktoś to zrobi to nie dostanie następnego dania”. No i towarzystwo ku mojemu zdumieniu dostosowało się bezbłędnie. Oczywiście wzbudziło to dziesiątki pytań i moich odpowiedzi. Tango miał to w głębokim poważaniu, leżał pod stołem, nie żebrał i niczego specjalnego nie oczekiwał. Po prostu był w dostarczonej mu sytuacji.  

Jednak nie będzie to środa. Dopóki nie zobaczę jakiejś jego innej reakcji na środowisko, ale takiej gdy sam pokaże, że nie daje sobie rady z tym co go spotyka to nie będzie środa. Chyba, że w przyszłym tygodniu. 

Poniedziałek był dla Tango dniem dziwnym ciekawym i jednocześnie dość traumatycznym. Ale tak też się zdarza. Sylwia „wypożyczyła” Tango na kilka godzin w celach PR na rzecz fundacji. Tak się jednak złożyło, że czasu było mało. Wpadła, zabrała Tango, wrzuciła do bagażnika i pojechała. Trochę chyba przesadziliśmy z tym tempem, bo Tango urządził jej w samochodzie awanturę z zaśpiewami. Tango jeździł wielokrotnie autem, ale zawsze sedanem na tylnim siedzeniu. Z Sylwią pojechał kombi i chyba to go wybiło z rytmu. Trzeba będzie go przyzwyczaić, że są samochody kombi. Wiadomo oczywiście, że kombi to z łaciny samochód dla psa. Przeżył, ja też to krótkie choć prawdziwe rozstanie. 

Wtorek był jeszcze trudniejszy. Rano wizyta towarzyska i spacer po parku przy Teatrze Rampa na Targówku. Normalne ćwiczenie chodzenia przy nodze, odwoływania z gwizdkiem i bez. Spotkania z innymi psami, piękne Csowwanie. Potem znowu spotkanie towarzyskie, potem lekarz. Mój lekarz, jednak Medicover, się sprawdził z asistem „in spe” wszedłem bez problemu. Potem wizyta u klienta w hurtowni zabawek. Tango chodził, raz ze smyczą raz bez, pięknie się pilnował. Właściwie nic go nie wzruszało. To jednak nie będzie środa. Zamkniemy to okno kilka dni później.No i wieczorem postanowiłem zabrać Tango na zajęcia w naszej psiej szkole. Po drodze był autobus, metro, schody ruchome x4. Przy czwartym razie zaczął iść sam do góry. Były to godziny szczytu więc tłok był niemiłosierny. Ludzie nad nim przełazili, potrącali a on zero lęku. Po zajęciach był tramwaj, w którym bardziej interesowało go penetrowanie niż obawa przed czymkolwiek.  Na zajęciach jak przyszedł Piotr, to bez żadnych wstępów podałem mu smycz i saszetkę mówiąc no to proszę dzisiaj pracujecie razem. Chyba się trochę zdziwił ale wiem, że lubi pracować z psami także krzywdy mu nie zrobiłem. Tango pracował na zajęciach super. Tak nieśmiało to bym powiedział, że jak na swój wiek to był trochę takim prymusem. Ale to też zasługa Piorta w końcu jest psim trenerem. Raz moało co nie obraziłem się na Tango, gałgan jeden. Jak ćwiczyliśmy rozproszenia przy ćwiczeniu skupienia uwagi na przewodniku podszedłem do Tango i Piotra prawie pewien, że mały do mnie przyleci. Tango w ogóle na mnie nie zareagował, stojąc metr przed nimi zachęcałem Tango, żeby do mnie przyszedł, nic zero reakcji. Tak się skupił na Piotrze, że zapomniał o mnie, nienawidzę  drania za to. Uwielbiam tego szczeniora. Na zajęciach Tango po raz pierwszy w życiu ćwiczył warowanie, posło super, nie będę nic więcej pisał bo wyjdzie na to, że kadzę.Po zajęciach poszliśmy w trójkę właściwie w czwórkę, Grzesiek, Piotrek, Tango i ja do bistro na tyłach Rotundy. Dobre miejsce, akceptują psy. Do tego stopnia, że jak Tango zlał się na środku to Pani, chyba menedżer, machnęła na to ręką. Tango w trakcie tych dwóch godzin przewalał się z boku na bok, oblizywał fartuch kelnerki lub udawał martwego leżąc na środku przejścia. Specjalnie nie musiałem się nim interesować.Dzisiaj bardziej opisowo. Następnym razem będzie bardziej merytorycznie.

14:53, r.drozda
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 lutego 2008
Niczego nie publikowałem od piątku. Nie znaczy to, że niczego nie napisałem, wręcz przeciwnie. Trochę się nazbierało. Wyślę jutro.
15:21, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 lutego 2008
Dzisiaj zupełnie nie miałem czasu dla Tango, no może nie zupełnie. Jedyna aktywność jaka mu zafundowałem to jedzenie. Podzieliłem dzienną porcję żarcia na trzy części i w różnych porach dnia rozsypywałem to na powierzchni ok. 20 m kw. Dwa razy w domu raz na dworze. Odnalezienie wszystkiego i zjedzenie zajęło mu w domu dwa razy po 12 minut, na dworze 15 minut. Miał chłopak jakieś zajęcie.
19:42, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 lutego 2008
Dzisiaj dla odmiany Tango nie poszedł ze mną rano do city. Został w klatce. Nie chcę żeby rytuał się utrwalił. Rano zrobiliśmy sobie sesję pracy podręcznikowej. Może nie wypada jeszcze tego mówić, ale ten skubaniec dostawia się już do nogi. Zeruję pozycję i już mam go przy nodze. Ciekawe co będzie jutro. Jeszcze dzień, dwa i zacznę podkładać hasło. Jak to się utrwali to pewnie zejdzie się z czasem zakończenia okresu wstępnej socjalizacji i będzie dobry czas żeby zacząć ćwiczyć coś innego. To jeszcze zobaczę. Nie chcę przesadzić ze zbyt wczesnym uczeniem go tzw. wszystkiego. Mógłbym dzisiaj powiedzieć, że Tango jest genialny i nadzwyczajny, ale nie, Tango jest normalnym szczeniakiem, tyle że mocno zaopiekowanym. Jeszcze zobaczymy co będzie dalej. Mam nadzieję, że moje nim mocne zajęcie się bardzo ułatwi mu w przyszłości życie. Niezależnie od tego czy zostanie asistem czy nie. Wierzę, że nim zostanie, bardzo bym tego chciał. Bardzo ważna jest teraz dla niego ta chwila. Krzywa lęku bardzo gwałtownie ruszyła do góry. Tango zdecydowanie i wyraźnie pokazuje swoje lęki. Ale nie ucieka, tak jakby mówił: „Boję się, ale zaraz lecę sprawdzić co się dzieje”. Normalne zachowania wpisane w ontogenezę psa w tym wieku.Poszliśmy na spacer jak się ściemniło, już wiele razy wychodziliśmy po zmroku. Ale ten gałgan w ogóle nie zwracał na to uwagi. Dzisiaj było już jakby inaczej. Był bardziej czujny, co chwilę stawał i wsłuchiwał się w dziejące zdarzenia. Niczego od niego na tym spacerze nie chciałem. Szliśmy wolno żeby miał czas na połażenie sobie gdzie chce, a nie tylko podążanie za mną jakby był przypięty do wirtualnej smyczy.

Zacząłem się zastanawiać co ja właściwie robię, bo właściwie nic nie robię. Tak naprawdę to z Tango, tak po prostu jesteśmy ze sobą, a jedyne co robię naprawdę, to mu się uważnie przyglądam. Można by pomyśleć, niezły szkoleniowiec, wymyślił jakąś nową ezoteryczną metodę szkolenia, przez obserwację. Fakt, trochę się niecierpliwię, już bym z nim chciał popracować inaczej, ale walę się w takich chwilach po łapach i mówię, później. Wiadomo, że z takim szczeniakiem można teraz zrobić wszystko. Ale niech pobędzie szczeniakiem, reszty nauczy się później. To co robimy teraz to przedszkole, takie oswajanie się z trybem pracy. To też socjalizacja. Najważniejsze są kwestie obyczajowe. Bez tego żaden pies nie ma prawa zostać asitem.

Aneks

Pod Warszawą jest taka rzeczka Świder chyba dlatego tak się nazywa bo rzeczywiście wije się wśród mazowieckich wydm. Jest też miejscowość lub raczej dzielnica Józefowa o nazwie Świder. Kiedyś ta rzeka była największym kąpieliskiem warszawskim. Latem w niedzielę zjeżdżali się tam tłumnie mieszkańcy Warszawy i okolic żeby zażywać słonecznych kąpieli i bezpiecznych kąpieli w krystalicznie czystej wodzie. Jako, że rzeka wydrążyła sobie koryto w piaszczystych wydmach, dno miała wypełnione wypłukanym przez wieki drobnym piaskiem. Gorące lato, niemrawy nurt, brzegi osłonięte gęsto porastającą roślinnością, brak wiatru, płycizny, no i mieliśmy ciepłą wodę pachnącą miętą. Mięta tam rośnie wszędzie. Przeplata się z pokrzywami, których poparzenia najlepiej było leczyć kładąc się w płytkiej wodzie i dawać się unosić nurtowi. Nad Świdrem spędzałem większość wakacyjnych i słonecznych dni mojego dzieciństwa. Łapałem siatką cierniki i małe karasie, patrzyłem się jak dorośli łapali duże karasie, płocie i szczupaki płosząc je z miejsc gdzie konary drzew schodziły do wody. Świder to taka dla mnie bardzo sentymentalna podróż do dzieciństwa. Tylko cholera było to 40 lat temu. Dlaczego jestem już taki stary? Świder został, kąpieliska nie ma, miejsce jest urocze ale skażone cywilizacją i kilkoma mleczarniami spuszczającymi do niego ściekami. Od kilku lat rzeka podnosi się. Mleczarnie nie brudzą i od czasu do czasu można przeczytać komunikaty Sanepidu z informacją gdzie w Świdrze woda jest czysta. Dwa lata temu wiosną pojechałem z moimi Goldenkami nad rzekę. Była mięta, pokrzywy, czysta woda, niesamowite światło a potem samochód pachnący mokrą psią sierścią. Jak się zrobi cieplej zabiorę Goldenki i Tango nad Świder, niech pokażą mu co można tam robić. Jest to genialne miejsce do psich spacerów, zapomniane trochę a ledwie 35 minut pociągiem podmiejskim ze Śródmieścia.    

 
19:34, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 lutego 2008

Aneks.

Dzisiaj znowu napisał do mnie Jaromir Nohavica. Wysłałem mu wcześniej takie moje, krótkie opowiadanie bardzo zgrabnie je zrecenzował.   

21:22, r.drozda
Link Dodaj komentarz »

Marta podała pierwszą odpowiedź na moje pytanie konkursowe i niestety chybiła. Jednak po Jej odpowiedzi zorientowałem się, że to trochę moja wina bo niezbyt precyzyjnie sformułowałem pytanie. Nie chodzi o ustalenie kierunków Świata, tylko na odpowiedzenie: Dlaczego pod zdjęciem jest taki podpis w formie pytania: Gdzie jest wschód a gdzie północ?Dzisiejsze śniadanie – spacer był dłuższy niż zwykle. Musiałem wyjść trochę wcześniej i później wróciliśmy. Chodziliśmy na smyczy i bez. W zupełnie przypadkowych momentach przypinałem smycz szliśmy np. 50 m potem odpinałem i tak cały czas spędzony na spacerze. Może na śniadaniu. Dzisiaj bardzo bacznie przyglądałem się temu co ja sam robię. Jak sobie przeanalizowałem swoje zachowania z kilku poprzednich dni doszedłem do wniosku, że trochę zjadła mnie rutyna. A tu trzeba być uważnym na każdym kroku. Jak idziemy bez smyczy, siłą rzeczy poświęcam mu więcej mojego zainteresowania. Gdzieś tam kątem oka ciągle go sprawdzam, to niby tak dla jego bezpieczeństwa. Pies jest psem i zawsze coś nieprzewidzianego może się zdarzyć. Jak idziemy na smyczy, to automatycznie dużo mniej zwracałem na niego uwagę. Mniej zwracałem uwagę bo sam czuję się bezpieczniej.  W końcu smycz służy do bezpiecznej asekuracji psa. Powinna tylko do tego służyć, smycz nie jest kierownicą do sterowania psem. Tango musiał najwyraźniej zorientować się, że na smyczy mniej się nim interesuję. Zapewne staje i mówi mi „nie bądź taki luzak tylko zajmuj się mną”. Faktycznie, trochę więcej spoglądania na niego, mruczenia pod nosem rzeczy bez sensu, czasami jakiś smakołyk i nie ma różnicy w chodzeniu na smyczy czy bez niej.W trakcie spaceru były dwa spotkania z innymi psami. Pierwsze, to dwa okoliczne burki, sądząc po ich wyglądzie doświadczyły dużo. Psy z zainteresowaniem, ale niezwykle ostrożnie podeszły do nas (Tango bez smyczy). Widzę, że kundle CSują, aż miło popatrzeć to sam się uspokoiłem. Tango najpierw schował się za moimi nogami, ale ciekawość wygrała. Z pewną obawą do nich podszedł, ale zachowanie burków było nienaganne, psy spokojnie chodziły wokół siebie obwąchiwały się. Tango jak już zobaczył, że nic mu nie grozi to nawet spróbował je jakoś zachęcić do zabawy. Burki odwracały głowę, trochę węszyły po czym podziękowały i zniknęły. Super, bardzo bym chciał, żeby miał dużo takich relacji bo to w trakcie takich spotkań może nauczyć się najlepiej relacji z innymi psami. Aranżowanie spotkań z psami oczywiście też ma sens, ale to nie to samo. Drugie spotkanie było zupełnie inne. Tym razem idziemy na smyczy, wchodzimy na skrzyżowanie dwóch uliczek i nagle z za rogu wychodzi kobieta z owczarkiem niemieckim drącym mordę na mnie i Tango. Co zrobił tango? Najpierw zwiał i schował się za mnie. Gdy kobieta odeszła kila kroków z wiszącym na kolczatce psem i szczekającym w naszym kierunku, Tango nagle wystartował do niego. Nie szczekał ani nie warczał. Zanim napiął smycz, krzyknąłem „Tang..” i pies zawrócił. Oczywiście dostał nagrodę. Bardzo mnie ucieszyło, że tak zareagował na przywołanie. Mniej mnie cieszy, że chciał w ogóle polecieć w kierunku owczarka. Oczywiście nie należy przesadzać, to jego pierwsze takie doświadczenie. W dodatku w okresie kiedy tak naprawdę uczy się reagować adekwatnymi zachowaniami i towarzyszącymi im emocjami, na bardzo różne bodźce środowiskowe. W sumie dobrze, że ma okazję to ćwiczyć.

Bianka i Berta "Za szybą"   

Bianka i Berta "Za szybą"

17:35, r.drozda
Link Komentarze (1) »
wtorek, 19 lutego 2008
Dzisiejsze śniadanie Tango zjadł w drodze do sklepu na naszym rytualnym spacerze. Rytualnym choć staram się jak najczęściej zmieniać trajektorię naszych spacerów. Gdy podchodziliśmy do domu, akurat wyjeżdżali moi rodzice. Tango jak ich zobaczył to natychmiast poleciał do nich ze świdrem w ogonie. Krzyknąłem do nich żeby go olali. Posłużnie wsadzili ręce do kieszeni i stali bez ruchu. Ja krzyknąłem „Tan..” i zobaczyłem falujące, biegnące do mnie uszy. Suto został za to nagrodzony i poszliśmy do naszej furtki. Super, bardzo dobre doświadczenie. Na spacerze pokazał mi coś czego nie było wcześniej. Mianowicie jak był przypięty do smyczy to się zawieszał. Idzie i nagle staje, tak jakby chciał być pierwszym na świecie retrieverem, którego ciągnie przewodnik a nie on jego. Oczywiście go nie ciągnąłem. Trzeba było mu powtórzyć „Tango, dawaj idziemy” i szedł ale po paru krokach znowu stoi. Pocmokałem, pogadałem do niego i idziemy. Jak odpiąłem smycz zasuwa za mną bez opamiętania. Szybko, wolno, zygzakiem, przypinam smycz idzie i co jakiś czas staje. Chyba za dużo było tego łażenia bez smyczy. Teraz będziemy chodzić ze smyczą i bez ale tak żeby nie znał dnia ani godziny. Żeby było jasne, smyczą w ogóle się nie interesuje. Muszę się przyjrzeć o co chodzi. Coś, gdzieś musiałem schrzanić. Albo był zmęczony. Zrobił to pierwszy raz.

Na olimpiadzie w Australii był pewien pływak z jakiegoś mocno egzotycznego kraju. Występował raczej dla idei niż wyniku. Przeciętnie przypływał na metę dwa baseny po wszystkich. Federacja, która go wysłała nie była zamożna, toteż ze sprzętu pływackiego dysponował jedynie slipami. Był to już czas kiedy pływacy startowali w jakiś specjalnych kombinezonach z „kosmicznych” tkanin. No i ktoś zlitował się nad biedakiem i podarował mu taki kombinezon. Potem w jakimś wywiadzie, na pytanie jak się czuje w nowym kombinezonie zawodnik odpowiedział: „Teraz czuję, że jestem prędki jak błyskawica”. To nie żart tak było naprawdę. Nie jest żartem również i to, że Tango też jest „prędki jak błyskawica”. Tak naprawdę, to dla sportu ćwiczymy dostawianie do nogi. Jedyne ćwiczenie, które robię z nim w taki podręcznikowy sposób wykorzystując metodę kształtowania. Jest prędki, naprawdę, muszę go dać komuś do poćwiczenia, żeby zobaczyć jak inni dają sobie z tym radę. Jak pierwszy raz nagrałem taką sesję, to zaraz to skasowałem wściekły na siebie za popełnione błędy. Teraz już raczej nie popełniam błędów, ale jego tempo może wytrącić z równowagi najbardziej doświadczonego trenera. Acha jeszcze jedna zaleta Tango. Dwa tygodnie przed pojawieniem się Tango u mnie miałem wypadek w wyniku którego miałem kłopoty ze schylaniem się. Przy szczeniaku to tragedia. Przyznam, że ilość skłonów i przysiadów, którą muszę dziennie wykonywać przy tym łobuzie sprawiła, że dolegliwość minęła zupełnie. Ba nawet czuję się trochę sprawniejszy fizycznie.   

Gdzie jest wschód a gdzie północ?

Gdzie jest wschód, a gdzie północ? Dla tego, kto odgadnie dlaczego jest taki podpis pod zdjęciem nagroda!
21:31, r.drozda
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 18 lutego 2008

W poniedziałek i wtorek przez najbliższe i myślę, że dalsze tygodnie będą dla Tango, dniami ze spędzonymi kilku godzinami w klatce. Dzisiaj były zajęcia w naszej szkole i na 4 godziny został uziemiony. Po powrocie do domu, z relacji czujnych uszu moich rodziców dowiedziałem się, że był spokojny i nie ujadał. Zresztą co do klatki, to wczoraj wieczorem nastąpiły dwa przełomy. Wczoraj wieczorem Tango sam wlazł do klatki, ułożył się i zasnął, drugi przełom to Bianka. Bianka nigdy nie miała robionego treningu klatkowego i nigdy z własnej woli tam nie wchodziła. Tymczasem wczoraj podobnie jak Tango wlazła sama, ułożyła się obok malucha i spały psiaki tam razem do 6 rano dopóki sam nie wstałem. Jeśli z klatki nie robi się represyjnego narzędzia do pacyfikowania np. nadmiernego pobudzenia psów to w pewnym momencie same znajdują przyjemność odpoczynku w takim miejscu. Klatka ma bardzo złe konotacje społeczne. Zazwyczaj jest kojarzona tylko z ograniczaniem wolności zwierząt. Jeżeli jest wykorzystywana do takich celów, to ja też jej nie lubię. Bardzo lubię jednak taką klatkę, która uspokaja psa i jest dla nich sygnałem, że mogą odpocząć. Wszystkie psy, z którymi pracowałem i które klatkę znały miały ją tak dopracowaną, że właściwie nieistotne było to czy jest zamknięta czy otwarta. Pamiętam Alturę, która kiedyś uciekła przed dużym zamieszaniem w moim domu na 6 godzin do klatki i mimo otwartych drzwiczek nie wystawiła z niej nosa, tylko spokojnie spała. Pamiętam też ostatniego Sylwestra. Berta, która panicznie boi się wystrzałów wlazła do klatki i pierwszy raz od wielu lat spędziła go spokojnie. Bo klatka, o której myślę to nie ograniczona przestrzeń, po której rzuca się spanikowane i nieszczęśliwe zwierze. Dla psa to buda lub zamknięta i bezpieczna przestrzeń odcinająca go od bodźców, z którymi trudno dać sobie radę. Drzwiczki mogą zostać otwarte, lub zamknięte (dla naszego spokoju) a pies i tak na to nie zwróci uwagi. Może gdyby klatkę nazwać posłaniem, miejscem psa, to łatwiej by było przekonać wiele osób do zastosowania takiego uspokajacza? Większość osób, którym proponuję takie rozwiązanie, już na hasło klatka napina się i nie chce o tym słyszeć. Może zatem wprowadzić inną nazwę np. miejsce kennelowe, lub uspokajacz kennelowy? 

Berta i Tymek

Berta i Tymek spokojnie odpoczywają w otwartej klatce.    

22:57, r.drozda
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3