statystyka
Będzie o mnie i moim zmaganiu się z sobą samym. O psach i mojej wielkiej do nich miłości i wdzięczności za pomoc na każdym zakręcie.
RSS
czwartek, 19 stycznia 2012

Były różne psy. Była Sunia pierwsza i Sunia druga, tak się oficjalnie nazywały. Dwie, wielkie, czasami demoniczne dożyce. Pierwsza umarła jak na doga przystało, z powodu skrętu żołądka. To bardzo typowa przypadłość dla tej rasy i w ogóle dla ras dużych. Przeżyłem to bardzo mocno. Był czerwiec, cholernie gorący czerwiec. Gdy Sunia zaczęła łkać z bólu, natychmiast pojechałem z nią do lecznicy. W tamtych latach w Warszawie była tylko jedna całodobowa lecznica dla zwierząt. Kiedyś na Świerczewskiego, teraz Al. Solidarności. Warunki w lecznicy nie pasowały do żadnych standardów, smród i brud, i 20 osób w kolejce do lekarza. W dodatku jak się okazało nie lekarza tylko jakiegoś felczera, który cały czas konsultował się telefonicznie z jakimś podobno lekarzem. Sunia dostała kilka zastrzyków, zapewne przeciwbólowych, no i wróciliśmy do domu. Noc była koszmarna, cały czas słyszałem jak pies łka z bólu. Rano pojechałem z Sunią na wydział weterynarii. Tam już autentyczna pani doktor gdy ją zbadała zaordynowała natychmiast salę operacyjną. Sunia wytrzymała jeszcze przewiezienie jej na stół operacyjny. Lekarz wbił jej igłę żeby odprowadzić gazy, gdy zeszły Sunia zeszła razem z nimi. Pamiętam tylko, że poryczałem się, bardzo. Ciekawe, nigdy nie płakałem, tak jak po stracie psów. Jeszcze nie miałem okazji płakać po stracie innych bliskich, bardzo bliskich. Zapakowałem zwłoki Suni do bagażnika mojego fiata 125 i pojechałem do Radości, jakaż to przekorna zbitka zdarzeń. Grób w Radości. No i wykopałem grób metr na półtora głęboki na metr półtora. Sunia w tym upale zesztywniała, a ja musiałem ją przeciągnąć od samochodu jakieś 60 metrów. Pamiętam, że łkając mówiłem Suniu pomóż mi. Nie pomogła, sztywną złożyłem w grobie z łapami do góry i zakopałem. Jedno z gorszych i bardzo traumatycznych doświadczeń a nikt z moich najbliższych nie pomógł mi się z tym uporać, cóż biorę takie zdarzenia tylko na siebie.

Potem była Sunia druga. Też dożyca. Po prostu genialny pies rodzinny. Pamiętam gdy Sunia biegała za Łukaszem trącając go nosem. Ale też gdy dziabnęła go w ucho gdy chciał podmuchać i wystudzić jej mleko. Miała rację bo zrozumiała, że ktoś dobiera do jej miski. A przecież miska psia jest dla psa a nie dla ludzi. Był to czas kiedy nie miałem czasu. Czasu na nic, jak ta psina w tym się znalazła? Nie wiem. Sunia II żyła i była. Aż pewnego dnia nie wstała. Miała wtedy 9 lat. Jak na doga to już za dużo. Sunię sparaliżowało, tylne łapy przestały działać. Oczywiście rzuciłem się w spiralę leczenia psa. Dziesiątki leków, zastrzyków. Podskórne, domięśniowe, nawet dożylne. Nauczyłem się tego i potrafię to do dzisiaj. To był dramat, Sunia nie wypróżniała się samodzielnie. Trzeba było jej pomagać, zarówno w oddawaniu moczu jak i w defekacjach. No ale Sunia wstała i tak przeżyła kolejne 4 lata. Aż pewnego dnia doktor Leśniewski powiedział, że to nie ma sensu. No i Sunia dostała zastrzyk i zgasła. Okropne doświadczenie ale konieczne. Powiedziałem sobie wtedy, że nigdy w życiu więcej takiego doświadczenia. Obiecałem sobie, że jeśli mój pies zacznie chorować przewlekle i dotrwa do wieku w jakim psy już nie żyją, to przeprowadzę eutanazję. Sunia żyła za długo, za długo podtrzymywałem jej życie, za długo narażałem moją rodzinę na wszelkie związane z tym niedogodności. Ja skończony dureń, przyjąłem, że skoro pies nie cierpi to należy mu pomóc. A to gówno prawda, cierpienie właściwe jest tylko ludziom, psa tylko boli lub nie boli. Sunię bolało, a ja starałem się udawać, że tak nie jest. Odeszła chudzina moja, śpi gdzieś tam na psim cmentarzu.

Potem była Berta. Najważniejszy pies w moim życiu. Wybrany i wyselekcjonowany Golden Retriever. Pies doskonały, pies o którym można napisać książkę. Pies najważniejszy, który zmienił w moim życiu wiele. Berta była zdrową i piękną rudą suką. Zachorowała tylko raz i wyzdrowiała, miała wtedy 3 lata. Dożyła lat prawie 14, ciągle była piękna. Aż przed sylwestrem roku przeszłego wzdęła się jak balon. Badania prześwietlenia. I jedna oczywista diagnoza, można leczyć ale przedłuży to jej życie na pół roku. Moja decyzja, koniec. Następnego dnia umówiłem się na uśpienie Berty. Miała wodobrzusze i pełno jakiegoś płynu w płucach. Nawet inaczej szczekała. Berta przed uśpieniem zachowywała się normalnie, żwawa i aktywna. Jednak pozostałem przy swojej decyzji. Berta zasnęła. Owinąłem ją w biały jedwabny całun. Wykopałem kolejny grób i teraz śpi pod bzami w ogródku.

Została Bianka, jej córka, śliczna Goldenka. Całą energię psią przeleję na nią. Ale gdy przyjdzie czas Bianki, nie będę miał wątpliwości co zrobić.

 

21:58, r.drozda
Link Dodaj komentarz »