statystyka
Będzie o mnie i moim zmaganiu się z sobą samym. O psach i mojej wielkiej do nich miłości i wdzięczności za pomoc na każdym zakręcie.
RSS
środa, 11 lipca 2012

Mój blog czasami mnie zadziwia. Nie pisałem niczego od zejścia Berty, to już ponad 6 miesięcy. Statystyki pokazują, że każdego miesiąca przynajmniej 2000 osób odwiedzało tą stronę. Przyznam, że po odejściu Berty, jakoś mi odeszła chęć do bycia psim ekspertem. Czy się za takiego uważam? Hmm, chyba tak. Leży w katalogu nieskończony tekst o psim węchu. Ale tylko dlatego, że wiem o tym coraz więcej a pisanie o tym  było by ślizganiem się po temacie. Może w końcu coś skończę. Bianka jest genialnym psem, bardzo.

07:47, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 stycznia 2012

Były różne psy. Była Sunia pierwsza i Sunia druga, tak się oficjalnie nazywały. Dwie, wielkie, czasami demoniczne dożyce. Pierwsza umarła jak na doga przystało, z powodu skrętu żołądka. To bardzo typowa przypadłość dla tej rasy i w ogóle dla ras dużych. Przeżyłem to bardzo mocno. Był czerwiec, cholernie gorący czerwiec. Gdy Sunia zaczęła łkać z bólu, natychmiast pojechałem z nią do lecznicy. W tamtych latach w Warszawie była tylko jedna całodobowa lecznica dla zwierząt. Kiedyś na Świerczewskiego, teraz Al. Solidarności. Warunki w lecznicy nie pasowały do żadnych standardów, smród i brud, i 20 osób w kolejce do lekarza. W dodatku jak się okazało nie lekarza tylko jakiegoś felczera, który cały czas konsultował się telefonicznie z jakimś podobno lekarzem. Sunia dostała kilka zastrzyków, zapewne przeciwbólowych, no i wróciliśmy do domu. Noc była koszmarna, cały czas słyszałem jak pies łka z bólu. Rano pojechałem z Sunią na wydział weterynarii. Tam już autentyczna pani doktor gdy ją zbadała zaordynowała natychmiast salę operacyjną. Sunia wytrzymała jeszcze przewiezienie jej na stół operacyjny. Lekarz wbił jej igłę żeby odprowadzić gazy, gdy zeszły Sunia zeszła razem z nimi. Pamiętam tylko, że poryczałem się, bardzo. Ciekawe, nigdy nie płakałem, tak jak po stracie psów. Jeszcze nie miałem okazji płakać po stracie innych bliskich, bardzo bliskich. Zapakowałem zwłoki Suni do bagażnika mojego fiata 125 i pojechałem do Radości, jakaż to przekorna zbitka zdarzeń. Grób w Radości. No i wykopałem grób metr na półtora głęboki na metr półtora. Sunia w tym upale zesztywniała, a ja musiałem ją przeciągnąć od samochodu jakieś 60 metrów. Pamiętam, że łkając mówiłem Suniu pomóż mi. Nie pomogła, sztywną złożyłem w grobie z łapami do góry i zakopałem. Jedno z gorszych i bardzo traumatycznych doświadczeń a nikt z moich najbliższych nie pomógł mi się z tym uporać, cóż biorę takie zdarzenia tylko na siebie.

Potem była Sunia druga. Też dożyca. Po prostu genialny pies rodzinny. Pamiętam gdy Sunia biegała za Łukaszem trącając go nosem. Ale też gdy dziabnęła go w ucho gdy chciał podmuchać i wystudzić jej mleko. Miała rację bo zrozumiała, że ktoś dobiera do jej miski. A przecież miska psia jest dla psa a nie dla ludzi. Był to czas kiedy nie miałem czasu. Czasu na nic, jak ta psina w tym się znalazła? Nie wiem. Sunia II żyła i była. Aż pewnego dnia nie wstała. Miała wtedy 9 lat. Jak na doga to już za dużo. Sunię sparaliżowało, tylne łapy przestały działać. Oczywiście rzuciłem się w spiralę leczenia psa. Dziesiątki leków, zastrzyków. Podskórne, domięśniowe, nawet dożylne. Nauczyłem się tego i potrafię to do dzisiaj. To był dramat, Sunia nie wypróżniała się samodzielnie. Trzeba było jej pomagać, zarówno w oddawaniu moczu jak i w defekacjach. No ale Sunia wstała i tak przeżyła kolejne 4 lata. Aż pewnego dnia doktor Leśniewski powiedział, że to nie ma sensu. No i Sunia dostała zastrzyk i zgasła. Okropne doświadczenie ale konieczne. Powiedziałem sobie wtedy, że nigdy w życiu więcej takiego doświadczenia. Obiecałem sobie, że jeśli mój pies zacznie chorować przewlekle i dotrwa do wieku w jakim psy już nie żyją, to przeprowadzę eutanazję. Sunia żyła za długo, za długo podtrzymywałem jej życie, za długo narażałem moją rodzinę na wszelkie związane z tym niedogodności. Ja skończony dureń, przyjąłem, że skoro pies nie cierpi to należy mu pomóc. A to gówno prawda, cierpienie właściwe jest tylko ludziom, psa tylko boli lub nie boli. Sunię bolało, a ja starałem się udawać, że tak nie jest. Odeszła chudzina moja, śpi gdzieś tam na psim cmentarzu.

Potem była Berta. Najważniejszy pies w moim życiu. Wybrany i wyselekcjonowany Golden Retriever. Pies doskonały, pies o którym można napisać książkę. Pies najważniejszy, który zmienił w moim życiu wiele. Berta była zdrową i piękną rudą suką. Zachorowała tylko raz i wyzdrowiała, miała wtedy 3 lata. Dożyła lat prawie 14, ciągle była piękna. Aż przed sylwestrem roku przeszłego wzdęła się jak balon. Badania prześwietlenia. I jedna oczywista diagnoza, można leczyć ale przedłuży to jej życie na pół roku. Moja decyzja, koniec. Następnego dnia umówiłem się na uśpienie Berty. Miała wodobrzusze i pełno jakiegoś płynu w płucach. Nawet inaczej szczekała. Berta przed uśpieniem zachowywała się normalnie, żwawa i aktywna. Jednak pozostałem przy swojej decyzji. Berta zasnęła. Owinąłem ją w biały jedwabny całun. Wykopałem kolejny grób i teraz śpi pod bzami w ogródku.

Została Bianka, jej córka, śliczna Goldenka. Całą energię psią przeleję na nią. Ale gdy przyjdzie czas Bianki, nie będę miał wątpliwości co zrobić.

 

21:58, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 września 2011

Z jednej strony jestem pod urokiem ludzi, którzy widzą piękne rzeczy i robią z tego użytek. Użytek atrakcyjny wizualnie, użytek na użytek. Jeśli jednak jest to oszustwo niemerytoryczne to się wkurzam. Obejrzałem zdjęcia Państwa Szczygło i w pierwszej chwili się zachwyciłem. Bo jakże miło oglądać piękne „Świdejmajery”. Tym bardziej gdy są wykonane w technice „gumy”. To bardzo trudna i pełna meandrów technika, fotografowania i wywoływania zdjęć. Przypuszczam, że za chwilę nikt nie będzie pamiętał o wywoływaniu zdjęć, kliszach, odbitkach, a powiększalnik znajdzie miejsce jedynie w alternatywnej knajpie jako dekoracja. Otóż przyjrzałem się dokładnie zdjęciom Państwa Szczygło, to żadna guma. Prosty zabieg w Photoshopie, kilka filtrów i efekt murowany. W ciągu kilku minut osiągnąłem podobny efekt. A epatowanie umiejętnością posługiwania się techniką „gumy” radzę zostawić z boku. Choćby dla szacunku dla mistrza tej techniki, mojego ulubionego mistrza fotografii i szalonego człowieka Pana Dederki. Nie udawajmy, że potrafimy robić coś o czym mamy mgliste pojęcie.

 

23:02, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 lutego 2011

O trenerze, który pogryzł psa.

 

Zazwyczaj zdarza się odwrotnie, to pies gryzie trenera. Choć dobry trener nie musi się tego obawiać. Mnie nie pogryzł żaden z psów, z którymi pracowałem. Czy jestem dobrym trenerem? Tak, tak myślę. Nie będę już takim dobrym gdy skończę ten tekst, realizując w nim wszystkie moje przemyślenia. Trudno.

Jest u mnie na osiedlu, pewien pan. W tutejszej nomenklaturze zaliczany do okolicznych tzw. meneli. Ale to nieprawda. Cóż z tego, że wygląda dziwnie, delikatnie rzecz ujmując, nie przykłada specjalnej wagi do swojego wizerunku. Jego psy, jeden z dłuższą sierścią wygląda na fana Boba Marleya, drugi z krótką i czarną przypomina zwolennika sił nacjonalistycznych. Swoją drogą, dość specyficzna koalicja. Dlaczego zacząłem pisać od przypadku znanego mi Pana? Bo jest to najlepszy psi trener jakiego w swoim życiu widziałem. Pan i jego dwa kundle to najbardziej symbiotyczny związek, pies – człowiek. Oni po prostu są. Pan idzie, psy idą. Pan staje, psy stoją, Pan siada, psy siadają. Pan idzie wolno lub szybko, psy zawsze tak samo jak On i zawsze tak samo wpatrzone w niego jak gdyby zamiast głowy miał pieczoną gęś. Wszystko oczywiście bez smyczy, obróż, kagańców. No i najważniejsze, bez pokrzykiwania, szarpania, jakiejkolwiek awersji wobec zwierząt i człowieka. Oni w trójkę tacy są. Pan coś mruczy pod nosem, rozumiem, że rozmawia z psami. Mówi to spokojnym i niskim głosem, pewnie mógłby z powodzeniem pracować w dubingu. Mógłby też wygrać każde zawody obiedience, gdyby wiedział, ze takie istnieją. Wielokrotnie Pan i jego psy chodziły mi po głowie. To nie jest człowiek sukcesu. Biedny i z bardzo ograniczonymi potrzebami. Chyba tylko takimi, które pozwalają przetrwać. Jesienią, najmuje się do grabienia liści, zimą do odśnieżania. Często spotykam go w sklepie. Gdy jest po wypłacie kupuje piwo i jedzenie dla psów. Gdy, przed wypłatą, bułkę i jedzenie dla psów. Zawsze grzeczny, uprzejmy, właściwie przepraszający za własne życie. Kiedyś poczęstowałem go papierosem, od tamtej pory kłania mi się w pas i zawsze pierwszy mówi dzień dobry. Przyznam, że mnie to krępuje, bo wcale nie musi takim być. Nie musi przepraszać wszystkich, że jest na świecie. Ja na swoim sumieniu mogę mieć więcej grzechów niż On. Niczego o nim nie wiem, ale wygląda na pogodzonego z tym co ma i nawet wdzięcznego, za to co ma. Dla mnie Pan jest wielkim człowiekiem. Jest wielki za to co zrobił, dla swoich psów, ale nie tylko dla tych. Czasami widywałem go z trzema lub czterema. Zawsze wyglądało to podobnie. Pan, nie robi spektakularnych akcji, „zrywania łańcuchów”, czy ratowania upadających schronisk. On nie przeprowadza staruszek na drugą stronę ulicy, nawet jeśli tego nie chcą. Pan, po prostu to robi, a wszyscy dookoła go za to podziwiają. Pewnie nie jeden raz mógłbym mu pomóc, choćby finansowo, ale nie. Nie, bo On daje sobie radę, a nadmierna pomoc, jak to pomoc, burzy naturalną harmonię. Bo Pan jest trenerem, który „pogryzł” psa bo zrobił wszystko odwrotnie, za to go cenię.

No właśnie, teraz zadam sobie i innym pierwszy raz pytanie. Czy w obliczu takiej postaci jak Pan celowe są zorganizowane, pełne wymyślnych technik i umiejętności trenerskich, szkolenia psów? Jeszcze nie odpowiem. Wstęp będzie dłuższy.

Najpierw pytanie. Po co nam psy? Pierwotne cele, dla których człowiek udomowił wilki, dawno poszły do lamusa. Wartości użytkowe psowatych są już teraz, właściwie bliskie zeru. Ledwie jakiś promil psów znajduje zatrudnienie, w ludzkich obszarach życia. Ale zastanówmy się czy jest to potrzebne? Wiem, za chwilę może się na mnie wylać wodospad pretensji, ze strony osób, które pracują z różnymi psami tzw. serwisowymi. Wielu trenerów i pasjonatów psim światem nie wyobraża sobie Świata bez, psów lawinowych, ratowników wodnych, psów asystujących, przewodników, psów myśliwskich, psów tropiących, psów rozpoznających choroby, ataki anafilaktyczne, psów wynajdujących narkotyki czy materiały wybuchowe. Zgoda one wszystko to potrafią jeśli zostaną wyszkolone. Wróć, one to potrafią tylko my musimy nauczyć je mówić nam o tym. Zgoda, psy mają lepszy węch, słuch i zmysł dotyku. Jednakże wykorzystywanie tych naturalnie rozwiniętych zdolności na potrzeby człowieka to tylko nasze lenistwo. W dodatku nieuzasadnione ekonomicznie, a co do etycznej strony „niewolniczej” pracy na rzecz człowieka mam sporo wątpliwości. Kiedyś, konie, słonie czy wielbłądy były wykorzystywane jako podstawowy środek lokomocji. No bo człowiek wymyślił do pewnego czasu jedynie koło. A jak wymyślił pojazdy mechaniczne to i tak pozostał w nazywaniu jednostki mocy silnika, koniem mechanicznym. No cóż obecnie, w jako tako rozwiniętych społeczeństwach, nie ma żadnego uzasadnienia w używaniu zwierząt jako pociągowych czy transportowych. Jednak zawsze znajduje to ludzką akceptację i przyzwolenie. Podobnie jest z psami. Gdy słyszę jak różni trenerzy opowiadają o niezwykłych predyspozycjach i umiejętnościach psów, oraz o społecznej misji jaką wypełnia ich praca, słyszę w tym jedynie nutę dumy. Może jeszcze deklarowanego szacunku dla świata zwierzęcej doskonałości. To wszystko prawda, ja też nie mogę wyjść z podziwu. No właśnie, tylko czy naprawdę człowiekowi, potrzebny jest niezbędnie doskonały „psi nos”? Uważam, że tak, ale do zupełnie innych celów niż do tych, do których jest wykorzystywany. Współczesne technologie, bywają już tak samo zaawansowane jak zdolności psich zmysłów. Człowiek a właściwie jego „czarodziejskie” urządzenia, potrafią wyłapywać ślady zapachowe. Radary potrafią penetrować, niebo i ziemię, potrafimy widzieć w nocy itp. Przyrost zdolności takich urządzeń jest bardzo szybki. Tak szybki, że sami często za nim nie podążamy. Dlaczego, dysponując wszelkimi środkami mogącymi zastąpić symboliczny „psi nos” ciągle wykorzystujemy psy do pracy? Wyżej napisałem, że z lenistwa, do tego dochodzi kwestia ekonomiczna. Choć zwolennikom takiego podejścia radziłbym zrobić dokładny audyt. Koszt wyszkolenia i wieloletniego utrzymania pracującego psa, wcale nie jest niższy niż zakup np. porządnego radaru geotermalnego. Nie chodzi mi tutaj o roztrząsanie przydatności użytkowej psów. Co do tego nie mam wątpliwości, jest. Ale jeśli człowiek dysponuje możliwościami technologicznymi, to niech to co robią psy, robi sam. „Psi nos” zostawmy na inny obszar relacji z nami. Kiedyś usłyszałem dość skrajną wypowiedź byłego ratownika: „Skoro ludzie są na tyle głupi, że pakują się w różne niebezpieczne sytuacje, to niech inni ludzie narażają życie żeby ich z tego wyciągnąć. Dlaczego za nas, życie ma narażać, inny gatunek?”. Właściwie to myślę podobnie. Człowiek bije rekordy w biegach a do pogoni za złodziejami wysyła psy. Proponuję, żeby policjanci stracili brzuchy. Psy robią to i będą jeszcze długo wyręczać człowieka, właśnie wyręczać a nie pomagać. Pomagamy innym gdy z własnej woli wyrażamy deklarację pomocy. Człowiek potrafi to wyartykułować. Nie poznałem jeszcze psa, który by potrafił ludzkim głosem powiedzieć cokolwiek. Nie wierzę też w to, że psy potrafią pomagać tylko, z własnej nieprzymuszonej woli. Świadomość psa, jeśli istnieje to na pewno nie jest świadomością tylko jakimś innym pojęciem, o którym człowiek nie ma pojęcia.

Dlaczego pies jest najwierniejszym przyjacielem człowieka? Przypomina to trochę gombrowiczowskie pytanie „Dlaczego Słowacki największym poetą był?”. Ani jeden ani drugi nie są najwierniejsi i najwięksi.

Psom na siłę można jeszcze przypisać jakąś wartość użytkową. Chomikom, papużkom czy wężom boa, hodowanym w domu raczej żadną. Choć np. koślawe bociany, którym nie udało się uciec przed mrozami podobno świetnie łapią myszy.

No i tu zacznę wątek, który skłonił mnie do napisania tego tekstu. Nie szkolmy psów. Szkolmy siebie. Jak już poznamy nasze, ludzkie potrzeby, zastanówmy się nad tym po co nam są potrzebne psy? Jak się patrzę na historię różnych psów i ich przewodników, którzy trafiali do mnie to mam jedną nieodpartą myśl. Ja nie prowadziłem szkoleń dla psów. Przez kilka lat udało mi się spotkać ze dwie setki osób, lub więcej, którym tłumaczyłem co zrobić z psem, ale tak naprawdę co zrobić z sobą. To było skuteczne, to zaowocowało przyjaźniami. Hmmm, nawet czymś więcej. Znam wiele technik szkolenia psów. Fakt jestem z wykształcenia psychologiem, ale wydawało mi się, że tego zawodu nie wykonuję. Jednak wykonuję, w relacji człowiek – pies i w dodatku bardzo to lubię, i bardzo bym chciał robić to jeszcze.

Człowiek to taka dziwna istota, stworzył świat dla siebie i kompletnie go nie rozumie.   

12:27, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 grudnia 2010

Chciałem bardzo obejrzeć film nadawany dzisiejszego wieczora pt. „Psiaki na prochach”. Wkurzył mnie jedynie i skończyło się wyłączeniem telewizora, tudzież trząśnięciem drzwiami. Bardzo niemerytoryczny materiał, zredagowany przez ignorantów. Szkodliwy, przekazujący masę nieprawdziwych informacji. Cóż kanadyjskim dziennikarzom brakuje posłuchu na Świecie. Bzdury, bzdury. Braki w wiedzy na poziomie najprostszych podręczników, już nie wspomnę o akademickich. 

23:55, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 grudnia 2010

No tak przyszła zima. Zeszłej zimy popełniłem kilka tekstów nt. odczuwania zimna przez psy i termoregulacji u zwierząt. Przyszło zimno i znowu temat wraca. Znowu ubieramy psy w kubraczki, żeby nie zmarzły, gdy nam jest zimno. A to jest tak, nigdy nie zanotowano niczym nieusprawiedliwionej agresji wilka wobec człowieka. Nigdy też nie zanotowano zamarznięcia psa na spacerze jeśli nie był ubrany w kubraczek. Bzdury, bzdury i tylko wykorzystywanie naszej ludzkiej niewiedzy. Powtarzam, to że pies drży i dygoce na mrozie to jego naturalny system obrony przed zimnem. To sposób na spalanie pewnego wysoce energetycznego białka zalegającego w jego mięśniach. Czy ktoś widział psa zamarzniętego w trakcie spaceru?

Chyba ogłoszę jakąś akcję przeciw producentom psich ocieplaczy. Może by tak zainteresować tym TOW. Ale oni też pewnie mają na ten temat nikłą wiedzę. Proszę nie ubierajcie waszych psów w ciepłe ubranka na zimę. To wam jest zimno, psom może być gorąco.

22:23, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 grudnia 2010

Trzy miesiące niczego nie napisałem na blogu. Teksty zakończone podpisem cdn. Oczywiście mają swoją kontynuację ale nie blogową. Piszę, oczywiście, że piszę ale książkę nawet dwie i końca ich nie widać. Miało być wcześniej, jednak przy głowie zaprzątniętej czymś innym, nie potrafię się skupić i kontynuować. Na szczęście pojawiło się zjawisko bardzo mnie mobilizujące. Jest czas żeby tworzyć i pracować sensownie, gdy myśli są świeże, gdy głowa jest pusta lepiej zapomnieć o myślach. Dzisiaj wszedłem do statystyk odwiedzin bloga i trochę mnie przytkało. Myślalem, że już nikt tego nie czyta, a tu proszę, tylu ludzi ciągle tu zagląda. Nieprzyzwoitością było by niczego nie napisać. Zatem napiszę. Może na początek o Maksie, zmysły zostawmy na później.

Różne spotykałem na swojej drodze psy. Genialne i kompletnie upierdliwe, ale też genialne tylko przewodnikom brakowało cierpliwości. No i jest Maks. Absolutny faworyt wśród spotkanych psów. Maks jest labradorem o posturze rotwailera, Wielki, masywny silny pies.

Maks był prezentem darowanym przez syna swojej mamie. Mama to drobna delikatna kobieta. Dostała małą czarną kulkę, która miała wypełnić lukę w jej samotności. Pomysł przedni, ale to tylko pomysł. Maks wyrósł na olbrzyma warzącego więcej niż jego Pani. Przeszedł jakieś jedno tradycyjne szkolenie i jak to labrador opanował ładnie wszystkie podstawowe komendy. Gdy mieszkał, ze swoją Panią w domu z ogródkiem było wszystko ok. Ale w wyniku rodzinnych zmian, przyszło mu mieszkać w mieście. A jak w mieście to przyszła konieczność wyprowadzania psa na spacer, a nie tylko otwierania drzwi do ogródka. A tego ani Maks, ani jego Pani nie nauczyli się wcześniej. Konsekwencją tego był spacer, kiedy Maks przeciągnął Panią po ulicy. Wyrwany bark i długa rekonwalescencja.

Trafili do mnie z przesłaniem: albo coś zrobię, albo poszukamy dla Maksa nowej rodziny.

No i się zaczęło. Maks przychodził na zajęcia tylko po to żeby nadrobić zaległości socjalizacyjne. Trwało to ze cztery miesiące, aż w końcu zaczęliśmy wędrować z sąsiadką Melą, małym spanielem i Maks, robił ze spanielem ósemki nie zważając na obecność rozproszeń. Przyznam, że się nieźle napracowałem. Ale, ale jego pani jest niezwykła, uważnie słuchająca i bardzo skrupulatnie wykonująca polecenia. Mój wielki ukłon wobec jej cierpliwości. Pani Maksa to starsza osoba już na emeryturze ale z wielką energią poznawczą.

Taką, której brakuje wielu dużo młodszym, jest po prostu moim najlepszym uczniem jakiego spotkałem. W wielkim skrócie powiem tak, Maks i jego Pani spacerują sobie teraz w najlepsze i czują się bezpiecznie.

Dlaczego o tym piszę. Bo tak się złożyło, że Pani Maksa poprosiła mnie o opiekę nad psiakiem z racji wyjazdu wokół świąt Wszystkich Świętych. No i Maksio spędził z nami cały dzień. W ciągu kilku minut dogadał się z Goldenkami, po piętnastu minutach poczuł się jakby był u siebie. Normalny delikatny psiak, świetnie rozmawiający z innymi psami. Marzenie nie jednego właściciela psa. Większość dnia spędziłem na porządkach ogródkowych. Maks łaził za mną krok w krok. Jak poszedłem do toalety to nawet wlazł mi w krok. Poszedłem z nim również na spacer, potem apteka, potem sklep spożywczy, potem fryzjer. Maks zachował się idealnie, marzenie. Dzięki Maksowi wróciło mi wspomnienie. Wspomnienie o moim ukochanym Bouvierze Alturze. Alturka zachowała się dokładnie tak samo gdy pierwszy raz przywiozłem ją do siebie. Maks przeszedł bardzo zawirowane przeszłości. Ale największa zasługa należy się jego Pani, która konsekwentnie z wielką uwagą, zajmuje się swoim wielkim pupilem. Maks był dzisiaj zmęczony. Gdy zacząłem pisać ten tekst zaległ pod stołem komputerowym i nawet nie zorientował się, że przyjechała jego Pani. Był tak zdezorientowany, że nawet ją obszczekał, oczywiście tylko w pierwszej chwili.

 

20:14, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 sierpnia 2010

Wróciłem z wieczornych zakupów, zmokłem niemiłosiernie. Może potrzebowałem takiego kubła wody na głowę. Jak się idzie po ciemku i w deszczu to się myśli przyczepiają. Do mnie przyczepiła się jedna, którą powtarzałem jak mantrę. Co mam zrobić przed zimą? W drodze powrotnej zamieniłem to na: Co ty właściwie teraz robisz? Dwa pytania, na które łatwo znaleźć odpowiedź, a na które trudno przed samym sobą odpowiedzieć. Na pierwsze odpowiedziałbym mnóstwo. Na drugie, nic sensownego, tracisz czas. Bo to prawda. Oczywiście coś robię ale czuję się jakbym cofnął się o kilkanaście lat i zapomniał o tym co w sobie rozwijałem i intensywnie nawoziłem, jako dorosły mężczyzna. Pierwsze półrocze 2010 było dla mnie trudne, czasami bardzo, czasami kompletnie nieudane. Właściwie nic nie poszło po mojej myśli. Praca dla drukarni, hm dobrze, że jest daje dochód ale powoduje, że zupełnie zniknęła mi para do robienia czegokolwiek innego. Trochę, nawet sporo niespełnionych nadziei finansowych. Szarpany i jak się okazało zupełnie nieudany koniec związku z Kasią i wysysający moją aktywność. Odłogiem leżące od dwóch miesięcy moje książki i kilka artykułów. Wręcz niechęć do ich kontynuowania. Mało intensywna praca z psami jak na moje możliwości. Po prostu jak się na siebie spojrzałem przed chwilą w lustrze to mógłbym powiedzieć: zeszło z ciebie powietrze. No ale z drugiej strony, to nie jest prawda. Nigdy w życiu w tak krótkim czasie lata, nie zrobiłem tak zdyscyplinowanie tyle km na rowerze. Średnio dziennie po 30-35 km. Na liczniku rowerowym wyszło mi do wczoraj 1960 km. Śmieszne bo to rok moich narodzin. Ale to kawał drogi po lasach i bezdrożach. Pracowałem z wieloma, wieloma psami i bardzo mi to dobrze wychodziło, było nawet kilka spektakularnych sukcesów, ale to nie tak jak wcześniej. Napisałem jednak kilka artykułów, z powodzeniem, ale to nie tak. Miałem kilka wykładów w środowiskach naukowych, przy których ludziom szczęki opadły, ale to nie tak. Odnowiłem mieszkanie, ale nie wycyklinowałem podłogi, to nie tak. Zrobiłem wiele, ale mam wrażenie że stoję na pozycji zero. Wszystko co robiłem, robiłem sam, z zerowym wsparciem emocjonalnym kogokolwiek. Aż dziw mnie bierze, że wszystko co wokół mnie stoi na swoim miejscu i jeszcze się nie rozleciało. W sumie powinno być świetnie. W tym roku skończyłem 50 lat. Przeszedłem tą rocznicę fatalnie. Zabawne bo tak samo fatalnie przeżyłem 30 rok, a dla odmiany 40 świetnie, wręcz rewelacyjnie. W tym roku było źle. Tym bardziej, gdy ludzie na których Ci zależy, zajmują się innymi osobami lub sprawami. A ja krzyczałem wtedy o zainteresowanie się mną wręcz o pomoc. Kończąc 50 lat odbiło mi się czkawką wiele zaległości. Tych, z którymi nie dałem sobie rady i tych, które nie dały sobie rady ze mną. Ale pisząc ten tekst, dałem upust chwilowej niemocy, zaraz to przejdzie i ruszę do ataku. Mam tylko nadzieję, że zima nie przyjdzie we wrześniu, bo jak tak, to wpadnę w depresję. Ale nie przyjdzie tak szybko. Jest źle i dobrze.

Dlaczego o tym piszę na moim blogu? Bo przypomniałem sobie, że w założeniu nie miał być to blog  nie tylko o psach, ale o mnie również i o moich zakrętach. Jestem na zakręcie. Czy pomagają mi w tym psy? Gdyby nie one mógłbym zakręcić nie w tą stronę.

22:56, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 lipca 2010

Psi węch.

 

„Ludzie bowiem mogą zamykać oczy na wielkość, na grozę, na piękno, i mogą zamykać uszy na melodie albo bałamutne słowa. Ale nie mogą uciec przed zapachem. Zapach bowiem jest bratem oddechu. Zapach wnika do ludzkiego wnętrza wraz z oddechem i ludzie nie mogą się przed nim obronić, jeżeli chcą żyć.”

To cytat z Patricka Süskinda.

 

Zapach towarzyszy oddechowi, zatem trudno się go pozbyć. To prawda, tylko że żadnego z doznań zmysłowych nie da się łatwo pozbyć. Nawet jeżeli zamkniemy kogokolwiek w tzw. „kamerze sensorycznej”, czyli w szczelnie zamkniętej skrzynce, zawsze coś tam będziemy odczuwać. Jeśli pozbawimy się dopływu jakichkolwiek doznań sensorycznych ze środowiska zewnętrznego, to zawsze możemy czuć nasz własny zapach, smak, słyszeć własny oddech a na końcu widzieć ciemność.

Nie można wyłączyć wrażliwości sensorycznej człowieka, tym bardziej nie można odłączyć od wrażliwości sensorycznej zwierzaka, który taką wrażliwość posiada. Sory, można ale tylko mechanicznie uszkadzając fragmenty mózgu.

Kiedyś dawno robiono właśnie próby z tzw. „kamerą sensoryczną”. Umieszczano ochotnika na jego własne życzenie w skrzyni. W skrzyni takiej była woda lub gliceryna o temperaturze idealnie takiej samej jak temperatura ciała ochotnika. Skrzynia była dźwiękoszczelna a powietrze dostarczane do skrzyni było „idealnie” filtrowane. Ochotnicy wytrzymywali taką próbę od kilku do kilkunastu godzin. Po kilku godzinach zazwyczaj taka próba kończyła się rozwojem niekontrolowanych halucynacji, stanów lękowych itp. Wszelkich doznań które towarzyszą niekontrolowanym utratom świadomej kontroli nad umysłem i ciałem. Makabra. Na szczęcie, dość szybko uznano takie badania w Świecie cywilizowanym za nieetyczne i zaprzestano ich. Co innego, takie kraje jak Chiny czy Związek Radziecki. Badania na potrzeby armii były wszak ważniejsze niż szacunek dla człowieka i jego indywidualności. Tym bardziej gdy z braku szacunku dla drugiego człowieka, chce się wydobyć z niego to co powinno pozostać jego głęboko skrywaną tajemnicą.

Jest taka dziedzina psychologii, psychologia poznawcza. Zawsze uważałem ją za ciekawą, ale taką trochę zamkniętą. Nierozwojową w odróżnieniu do psychologii rozwojowej. Oczywiście poprzednie zdanie to niczym nie uzasadniony kolokwializm. Psychologia poznawcza, to bardzo obszerna dziedzina wiedzy. Ostatnio często przypominam sobie jej podstawy i penetruję nowości z tego zakresu wiedzy. Dlaczego? Bo psychologia poznawcza to właściwie w 80 procentach wiedza o doznaniach zmysłowych. Ale jak to psychologia, to wiedza o człowieku a nie o zwierzętach. Zatem w swojej przeważającej większości dotyczyła zawsze tego co, dla zdrowego człowieka jest najważniejszą platformą służącą poznawczemu penetrowaniu Świata. Wzroku i słuchu. Tysiące badań nad sposobem analizowania Świata dzięki doznaniom werbalnym i pozawerbarlnym, ale w wiekszości dotyczącymi wzroku. Reszta to 20% pozawerbalnego kontaktu ze Światem zewnętrznym, ale potraktowane trochę po macoszemu. Choć przyznam, że bardzo ciekawie. Jednak jest to obszar omijający potrzebną koniunkturę. No i tu wiedza płata figle. Wiedza to obszar otwarty, nigdy ostatecznie nie zdefiniowany. Pod warunkiem, że dotyczy obszarów penetrowanych metodologicznie, a nie ezoterycznie. Ogólnie przyjęte warunki dotyczące wiarygodności badań są ujęte w ich poprawności metodologicznej. Jeśli warunki te nie zostaną spełnione, to nowa wiedza jest fasmantagorią, lub pozostaje w obszarze nieudokumentowanych hipotez. No i tak funkcjonuje do dzisiaj psychologia poznawcza, jak też i większość innych dziedzin. Figiel pojawił się kilkanaście lat temu. Jeszcze większy w 2004 roku. Gdy nagle przyznano dość zaskakującego Nobla. Dostała go para Linda B. Buck i Richard Axel za badania mechanizmów percepcji węchowej. W dodatku wcale nie psiej ani zwierzęcej lecz ludzkiej. A wyniki ich badań wbijają w glebę, każdego kto ma choć odrobinę pojęcia o temacie. Mnie powaliły, i chyba długo nie wstanę. Bo jak tu myśleć o psach jak okazuje się, że człowiek, posiada większy potencjał niż zwierzęta. Szczególnie ten zawsze rezerwowany dla zwierząt. Np. węch.

CDN.

 

 

16:35, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 czerwca 2010

Publiczne fora internetowe to ciekawa formuła międzyludzkich kontaktów. Wszyscy wiedzą, że ich atrakcyjność dla ludzkiego gatunku bierze się z anonimowości. Występując pod pseudonimem, tzw. „nickiem”, nie wiadomo czy to Jacek czy Gacek, Halina czy Alina, Robert a może Norbert? Cudownie jest pławić się we własnych myślach, przekonaniach, bez ujawniania własnej tożsamości. Formuła znana w zasadzie od starożytności. Forum to z zasady miejsce, gdzie można było się wypowiadać swobodnie. Z pewnymi ograniczeniami. Zazwyczaj dotyczącymi nie wyrażania niepochlebnych i krytycznych opinii wobec panujących władców lub obowiązujących dokumentów, np. konstytucji. To wcale nie była cenzura, bo cenzura dopuszcza ingerencję w każde słowo. Zasady swobody Forum dotyczą przestrzegania nie słów ale zasad. Będąc na „Forum Romanum” można było przeklinać, ale nie odnosić tych słów do panujących, lub powiedzieć, że nasz ustrój jest do „d..y. Oczywiście, że można było coś takiego powiedzieć, bo na tym polega swoboda wypowiedzi. Swoboda wypowiedzi, zobowiązuje jednak do uzasadniania, uzasadniania nawet tego co ślina przyniesie na koniec języka. Dlatego zazwyczaj, Ci którzy mieli coś do powiedzenia na Forum, często przełykali ślinę, bo nie chcieli się zbłaźnić, lub stracić głowy. Co jakiś czas wypowiadam się na różnych internetowych „Forum Romanum”. Każda moja wypowiedź jest przemyślana, i to bardzo, bo nie chcę się zbłaźnić ani stracić głowy. W ciągu kilku lat różnej mojej aktywności internetowej, nikt jakoś nie potrafił zarzucić mi jakiegoś błędu merytorycznego poza literówkami. Ale do tego, jako stary dyslektyk przyznaję się do bólu. Jeśli krytyka na Forum była pyskówką, to wymagano od krytyka przedstawienia rzetelnego uzasadnienia. Za brak uzasadnienia krytyki można było stracić choć „przysłowiową” głowę. Jeśli popełniłem coś co wzbudza wątpliwości i pytania odpowiem na każdą polemikę. Ale, ale nie odpowiem na takim „Forum nieromanum”, zazwyczaj pozbawionego zasad. Piszcie do mnie z pasją, z pasją odpowiem. Ale piszcie merytorycznie, na głupie pyskówki nie odpowiadam, bo to nie ja powinienem z nich się tłumaczyć. Naprawdę lubię pisać, tworzyć coś merytorycznie, jeśli tylko znajdę adwersarza, który traktuje zasady merytorycznie. Przyjąłem jedną zasadę w moich relacjach z „Forum romanum” jedną zasadę, nie pozostaję anonimowym. Bo taka zasada obowiązuje w prawdziwym „Forum”. Często obrywam i jest wobec mnie kierowanych wiele impertynencji. Ale z racji tego co myślę o „Forum” dobrze daję sobie z tym radę, dużo lepiej niż autorzy moich odpowiedzi. Czekam na jakąś odpowiedź gdy ktoś odpowie podobnie jak ja, przedstawiając się. Inni nie mają szansy na odpowiedź z mojej strony.

Nazywam się Robert Drozda.

17:32, r.drozda
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27